Kobieta w maseczce ochronnej dezynfekująca ręce, ilustrująca pytanie o możliwość przewidzenia pandemii i braki w polskich szpitalach.

Czy pandemię można było przewidzieć – i czego naprawdę zabrakło w polskich szpitalach

Istnieją takie zdania, które od razu podnoszą człowiekowi ciśnienie. Jednym z nich jest to słynne: „tego nie dało się przewidzieć”. Pada zwykle wtedy, gdy wydarzenie jest już na tyle bolesne, że nikt nie chce przyznać: można było zrobić więcej. A gdy patrzę na zdjęcie młodej kobiety w maseczce, starannie wcierającej środek dezynfekcyjny w dłonie, przypominają mi się pierwsze tygodnie pandemii – te same, kiedy szpitale, także te w Szamotułach, nagle odkryły, że nie mają tego, czego potrzebują najbardziej: czasu, ludzi i sprzętu.

Ostrzeżenia, które ignorowano

Czy dało się przewidzieć pandemię? Oczywiście, że tak. Może nie w sensie astrologicznego „w marcu 2020 r. pojawi się wirus, który zatrzyma świat”, ale w sensie czystej logiki. Wystarczyło spojrzeć na to, jak działa zglobalizowany świat, jak krążą choroby, jak szybko przemieszczają się ludzie. Epidemiolodzy powtarzali to od lat: prędzej czy później nadejdzie coś większego. Ostatnie dekady były pełne alarmów – SARS, MERS, świńska grypa, ptasia grypa, Ebola. Wirusy nie spadają z nieba. One po prostu czekają, aż ktoś pozostawi otwarte drzwi.

Problem w tym, że wiele instytucji – nie tylko w Polsce – traktowało te ostrzeżenia jak prognozę pogody: niby mówią, że będzie burza, ale kto by z tego powodu szukał schronienia? A jednak, gdy spadł pierwszy pandemijny deszcz, okazało się, że nie mamy ani parasola, ani płaszcza, ani nawet suchej chusteczki.

Dramatyczny brak podstawowego sprzętu

W szpitalach zaczęło brakować wszystkiego – od masek, przez płyny dezynfekcyjne, po kombinezony. To nie była metafora. W wielu placówkach naprawdę wyjmowano z magazynów ostatnie zapomniane pudełka rękawiczek, a pielęgniarki pilnowały, by nikt nie zużył dwóch par tam, gdzie dałoby się „dać radę” z jedną. Takie decyzje nie powinny mieć miejsca w instytucjach publicznych XXI wieku.

Kiedy czytam, jak szpital w Szamotułach zgłosił swoje potrzeby do programu Wsparcie dla Szpitala, widzę w tym nie tylko dramat sytuacji, lecz i ogromną mobilizację. Ktoś mógł pójść do domu i powiedzieć: „nie ma sprzętu, trudno”. Ale zamiast tego usiedli i zaczęli robić listę – dokładną, rzeczową, pozbawioną krzyku, a jednak krzyczącą w każdym wierszu: nie mamy tego, co powinniśmy mieć od dawna. Skoro starczyło sił, by tę listę napisać, znaczy, że wewnątrz systemu było poczucie odpowiedzialności. A skoro tej listy w ogóle trzeba było szukać gdzieś na zewnątrz, znaczy, że system jako całość gdzieś tę odpowiedzialność zgubił.

Pytanie o sens przygotowania

I tu rodzi się główne pytanie felietonu: czy szpitale powinny być przygotowane na to, co „mało prawdopodobne”? Czy naprawdę warto wydawać pieniądze na zapasy, które przez lata mogą leżeć w magazynie i stracić ważność?

W normalnych czasach logika księgowych zwycięża nad logiką epidemiologów. Magazyny się tnie, zapasów się nie tworzy, bo „przecież po co”. Każda nadwyżka to koszt. Każda pełna półka to procenty, które potem ktoś musi uzasadnić. Szpitale więc uczą się działać w trybie „just in time”, jak wielkie fabryki. Zamawiają to, co potrzebne na bieżąco, bez zabezpieczeń. Tyle że fabryka, kiedy zabraknie śrubki, po prostu na chwilę przestaje produkować. Szpital nie ma takiego luksusu.

A więc – tak, zapasy są kosztowne. Ale brak zapasów jest dużo droższy.

Cena braku przygotowania

Bo w pandemii płaciliśmy nie tylko pieniędzmi, ale zmęczeniem ludzi. Przemęczeni lekarze, pielęgniarki pracujące w przegrzanych kombinezonach, ratownicy, którzy nie mieli gdzie odpocząć. To byli ci, którzy ponosili konsekwencje decyzji budżetowych sprzed dekady. Gdyby magazyny były pełniejsze – nie do granic przesady, ale rozsądnie – może nie trzeba byłoby wysyłać dramatycznych apeli. Może oddziały mogłyby zacząć walkę z wirusem nie z minusem, lecz z zasobami.

Nie mówię tu o budowaniu cytadeli przetrwania, w której każdy szpital ma tajne podziemne skarbce z półrocznym zapasem kombinezonów. Mówię o prostym fakcie: pandemia jest jedną z realnych kategorii ryzyka. Tak samo jak pożar, powódź czy awaria prądu. I powinna być na stałe wpisana w procedury szpitalne. Tak jak regularnie testuje się hydranty, tak należy regularnie sprawdzać zapasy środków ochrony. Tak jak uczy się personel ewakuacji, tak powinno się uczyć szybkiej mobilizacji w przypadku zakażeń.

Przewidywanie to nie katastrofizm

Pandemii nie da się przewidzieć co do dnia. Ale da się przewidzieć, że będzie – wcześniej czy później. I da się przygotować system tak, by nie zaczynał od zera.

Oczywiście istnieje argument przeciwny: „nawet gdyby były zapasy, i tak zabrakłoby wszystkiego, bo potrzeby były zbyt duże”. To częściowo prawda. Ale zapasy to nie tylko produkty. To również procedury, umowy z lokalnymi dostawcami, listy kontaktowe, siatki wsparcia. W pandemii okazało się, że tam, gdzie lokalna społeczność szybko się organizowała, tam braki były mniejsze. Gdy przedsiębiorcy mogli w jedną noc przerobić swoją linię produkcyjną z płynu do naczyń na płyn antybakteryjny – to działało. Gdy drukarnie zaczęły drukować przyłbice – to działało. Tyle że to wszystko działo się zbyt późno, bo system nigdy wcześniej nie stworzył struktury, która mogłaby aktywować takie działania w dniu zero.

Czyli zapasy to nie tylko kartony. Zapasy to przede wszystkim zaufanie, współpraca i zdolność szybkiej mobilizacji.

Społeczny wymiar braków

Warto zauważyć jeszcze coś. W pandemii po raz pierwszy na taką skalę zobaczyliśmy, że sprzęt ochronny ma znaczenie nie tylko medyczne, ale społeczne. Maseczka stała się symbolem troski, ale też lęku. Środek dezynfekcyjny – jak ten na zdjęciu – stał się niezbędnym elementem codzienności. I widać było, jak nierówno rozkłada się dostęp do tych podstawowych rzeczy. Ci, którzy pracowali w szpitalach, powinni mieć ich najwięcej. A przecież bywało odwrotnie – to personel jeździł po sklepach, kupując na własny koszt dodatkowe maseczki czy rękawiczki. To jest sytuacja, której nie wolno powtarzać.

Gdy więc pytamy: „czy było sens przewidzieć?”, odpowiedź brzmi: sens był ogromny. Bo przewidywanie to nie jest katastroficzna wizja. Przewidywanie to oszczędzanie sił ludzi, którzy ratują życie. To danie im narzędzi, zanim będą musieli prosić o pomoc.

Lekcja na przyszłość

Czy da się przygotować system idealnie? Oczywiście, że nie. Ale da się przygotować go lepiej. I to powinien być wniosek dla każdego szpitala, nie tylko tego w Szamotułach. Nie chodzi o to, by wydać fortunę i zamienić magazyn w twierdzę. Chodzi o to, by zrozumieć, że w sytuacjach kryzysowych nawet najprostsze przedmioty – maseczki, płyny, przyłbice – decydują o tempie reakcji systemu.

Można zapytać: „a jeśli nic podobnego już się nie wydarzy?” Wtedy zapasy zostaną zużyte w spokojnych czasach. I dobrze. To byłaby najlepsza wiadomość. Ale jeśli coś się wydarzy ponownie – a historia uczy, że to niemal pewne – wtedy będziemy gotowi nie na 100 procent, ale przynajmniej na tyle, by nie zaczynać od dramatycznego apelu publikowanego w internecie.

Co pokazała pandemia

Pandemia pokazała słabości, które przez lata były zaklejane tanimi rozwiązaniami. Ale pokazała też potencjał:

  • ludzi, którzy potrafią pomóc zanim ktoś ich poprosi,
  • społeczności, które umieją działać razem,
  • platformy – takie jak Wsparcie dla Szpitala – które udowodniły, że technologia może ratować nie tylko czas, ale i ludzkie zdrowie.

A więc: przewidywać warto. Magazynować warto. Uczyć się warto. Bo system ochrony zdrowia nie jest maszyną. Jest organizmem. I tak jak człowiek nie może funkcjonować bez odporności, tak szpital nie może funkcjonować bez zabezpieczeń.

Jeśli kolejny kryzys kiedykolwiek nadejdzie – obyśmy nie musieli już powtarzać tych samych błędów. Obyśmy mogli powiedzieć: „tym razem wiedzieliśmy”. Choćby po to, by młoda kobieta na zdjęciu nie musiała już wcierać środka dezynfekcyjnego z takim cichym, pandemicznym smutkiem w oczach.

tm, zdjęcie z Pexels (autor: Anna Shvets)