Wieczór. W jednym z mieszkań w Wałczu ktoś dopiero zamyka służbowego laptopa. Dzieci skończyły zdalne lekcje, w kuchni stygnie herbata. To jest ten moment dnia, kiedy większość ludzi próbuje choć na chwilę zapomnieć o pracy. Ale dla lokalnej koordynatorki zbiórek na rzecz miejscowego Domu Pomocy Społecznej dopiero zaczyna się drugi etat.
Telefon, wiadomości na komunikatorach, maile: „Czy maseczki mogą być materiałowe?”, „Gdzie dowieźć środki dezynfekcyjne?”, „Ile jeszcze potrzeba rękawiczek?”. Trzeba odpowiedzieć na wszystkie, zapisać, uporządkować, dograć transport. A jutro rano o 8:00 znowu normalna praca – ta na umowie o pracę, nie z serca.
To nie jest historia jednej osoby. Tak wyglądała codzienność dziesiątek, może setek ludzi, którzy w czasie pandemii wzięli na siebie rolę lokalnych koordynatorów zbiórek dla domów pomocy społecznej – także w Wałczu, Tolkmicku czy Bartoszycach, gdy te placówki dołączały do ogólnopolskiego systemu wsparcia.
Kim właściwie był ten „koordynator”?
W oficjalnych ogłoszeniach brzmiało to niewinnie: potrzebna osoba, która będzie łącznikiem między darczyńcami a placówką, zorganizuje lokalne zbiórki, odbierze produkty i przekaże je mieszkańcom domu. Brzmi jak prosta pomoc, coś „po godzinach”.
W praktyce koordynator lokalny był:
- działem marketingu – bo trzeba było nagłośnić potrzeby, pisać posty, dzwonić do firm, prosić i tłumaczyć, że to naprawdę pilne
- logistykiem – ustalał, gdzie przyjąć dary, jak je posegregować, jak zawieźć do DPS-u, często własnym samochodem
- rzecznikiem prasowym – odpowiadał na pytania, uspokajał, informował, co już zebrano, czego nadal brakuje
- czasem także psychologiem – słuchał lęków personelu z domu pomocy i bezradności tych, którzy chcieli pomóc, ale nie wiedzieli jak
A wszystko to w czasie, gdy ich „zwykłe” życie wcale nie stało się nagle prostsze.
Wałcz: wolontariat pomiędzy zmianami
Dom Pomocy Społecznej w Wałczu to miejsce dla osób starszych i przewlekle chorych. Gdy wybuchła pandemia, nagle okazało się, że brakuje rzeczy elementarnych: środków ochrony, płynów dezynfekcyjnych, czasem nawet prostych produktów pierwszej potrzeby. Placówka dołączyła do systemu wsparcia i zaczęła szukać kogoś, kto „zaopiekuje się” nią lokalnie.
Wyobraźmy sobie jedną z osób, które na to wezwanie odpowiedziały – nazwijmy ją Magda. Z zawodu – księgowa w niewielkiej firmie. Praca zdalna, dzieci w domu, starsi rodzice w innym mieście, którym trzeba robić zakupy „na odległość”. Wszystko to już samo w sobie było pełnym etatem emocji.
A jednak Magda zgłasza się na koordynatorkę. Po pracy zamiast serialu – telefon do lokalnego przedsiębiorcy. Weekend zamiast wyjazdu za miasto – sortowanie darów w prowizorycznym magazynie. Wieczorem zamiast książki – aktualizacja listy potrzeb w systemie, żeby darczyńcy wiedzieli, co jeszcze jest pilnie potrzebne, a czego już mamy dość na kilka tygodni.
To nie jest „kilka miłych gestów”. To setki maili, dziesiątki rozmów, dziesiątki godzin logistycznego bałaganu, który trzeba zamienić w konkretną pomoc.
Tolkmicko: małe miasto, wielka cicha sieć
W Tolkmicku, niewielkim mieście nad Zalewem Wiślanym, dom pomocy również przystąpił do ogólnopolskiego systemu. Ogłoszenie o poszukiwaniu koordynatora pojawiło się na stronie placówki w kwietniu 2020 roku, w jednym z najtrudniejszych momentów pandemicznej niepewności.
Tu koordynator musiał zmierzyć się z innym wyzwaniem – geograficznym. Małe miasto, ograniczona liczba firm, których można poprosić o większe wsparcie. Duża część pomocy musiała więc opierać się na tym, co da się zebrać „po ludziach”.
Ktoś, kto w Tolkmicku wziął na siebie tę rolę, miał więc mniej z zadania „głównego logistyka”, a więcej z roli „tkacza sieci”. Telefon do znajomej w Elblągu, wpis na lokalnej grupie w mediach społecznościowych, prośba o „podrzutkę” kartonów z darami.
A gdzieś pomiędzy tym wszystkim – etat w sklepie, w urzędzie, w szkole. Zmiany, dyżury, własne rachunki do zapłacenia. I zmęczenie, które nie znika tylko dlatego, że robimy coś dobrego.
Bartoszyce: most między światem zewnętrznym a zamkniętym domem
Dom Pomocy Społecznej w Bartoszycach opiekuje się osobami starszymi i somatycznie chorymi. Gdy placówka ogłasza, że ma poważne braki w podstawowych produktach i dołącza do systemu wsparcia, wzywa też kogoś, kto zostanie „tłumaczem” między światem zewnętrznym a zamkniętym z konieczności domem.
To właśnie koordynator. Z jednej strony słyszy w słuchawce głos zestresowanej pielęgniarki, z drugiej – głos przedsiębiorcy, który chce pomóc, ale potrzebuje konkretów.
Koordynator spina te dwa światy. Urealnia prośby, ale też tłumaczy lęki. Często robi to między jedną a drugą zmianą w swojej pracy, a wieczorem pomaga jeszcze dziecku w zadaniu z matematyki.
Ludzie z krwi i kości, nie „anioły”
Łatwo ulec pokusie, by wsadzić tych wszystkich koordynatorów do szuflady z napisem „bohaterowie” i zamknąć ją patetycznym gestem. Ale oni najczęściej nie chcą tak o sobie myśleć.
To ludzie, którzy miewali dość. Którym zdarzało się w pewnym momencie tygodnia pomyśleć: „Dlaczego ja? Przecież to państwo powinno zapewnić domom pomocy wszystko, czego potrzebują”. Którzy odkładali jedną prośbę o pomoc, bo właśnie trzeba było zrobić obiad albo usiąść nad sprawdzaniem szkolnych klasówek.
Byli i tacy, którzy sami borykali się z niepewnością finansową – branże zamykane, umowy śmieciowe, widmo utraty pracy. A mimo to oddawali czas, kontakty i energię, której nie zostawało już zbyt wiele.
I właśnie to „mimo” jest tutaj kluczowe.
Gdzie kończy się państwo, zaczyna się obywatel
Historia Wałcza, Tolkmicka, Bartoszyc i wielu innych miejsc pokazuje, że w sytuacji kryzysowej system opieki społecznej ma dziury. Domy pomocy społecznej są prowadzone zgodnie z przepisami, mają swoich dyrektorów, budżety, statuty. Ale gdy nagle trzeba zdobyć dodatkowe środki ochrony, bardziej przypominają tonący statek, na którym załoga musi prosić pobliskie łodzie o rzucenie koła ratunkowego.
Oczywiście – są procedury, programy, dodatkowe środki z samorządów czy ministerstw. Tyle że papier i przelewy rzadko poruszają się w tempie wirusa. A koordynator lokalny – tak.
To on wie, kto w miasteczku prowadzi hurtownię, kto ma busa, kto „ma dobre serce i możliwości”. Potrafi wykorzystać lokalne więzi, zaufanie, nieformalne sieci. Robi coś, czego nie da się zapisać w żadnej ustawie: przekształca ludzką chęć pomocy w realne paczki, które lądują na magazynie DPS-u.
Można na to patrzeć jak na piękny przykład obywatelskiej solidarności. Można też – i chyba trzeba – zadać niewygodne pytanie: czy naprawdę chcemy systemu, w którym bezpieczeństwo najsłabszych tak mocno zależy od tego, czy akurat w danej miejscowości znajdzie się ktoś z „drugim etatem z serca”?
Co zostaje po kryzysie
Pandemia stała się mniej dokuczliwa, bramy wielu domów pomocy znów są bardziej otwarte. Znikają ogłoszenia o pilnych zbiórkach, rzadziej widzimy w mediach społecznościowych apele o środki ochrony. Ale sieci, które wtedy powstały, wciąż istnieją.
W Wałczu, Tolkmicku, Bartoszycach koordynatorzy zostawili po sobie coś więcej niż wyzerowaną listę potrzeb w systemie. Zbudowali przekonanie, że dom pomocy nie jest „gdzieś tam na obrzeżach”, tylko w środku lokalnej wspólnoty. Że to nasi dziadkowie, nasze ciocie, nasi sąsiedzi – nawet jeśli mieszkają teraz za murem placówki.
Część z tych koordynatorów wciąż działa – już może mniej intensywnie, bez ciągłej presji pandemicznej, ale gotowa, by znów uruchomić telefoniczno-mailową centralkę, gdy zajdzie potrzeba. Inni wrócili do swoich spokojniejszych życiorysów, z poczuciem, że zrobili coś ważnego i… z nadzieją, że już więcej nie będzie trzeba.
Lekcja z „drugiego etatu”
Co możemy z tym wszystkim zrobić jako społeczeństwo?
Po pierwsze – nie zamiatać tej historii pod dywan. Nie sprowadzać jej do wzruszającej anegdoty o „dzielnych wolontariuszach”, tylko zobaczyć, że to właśnie ci ludzie utrzymali w pionie instytucje, które miały chronić najsłabszych. Ich praca – choć bez etatu i dodatków – miała realną wartość systemową.
Po drugie – wyciągnąć wnioski. Jeśli chcemy, by przy kolejnym kryzysie domy pomocy nie musiały liczyć głównie na wolontariuszy, trzeba inwestować w przygotowanie, rezerwy, szybsze ścieżki zakupu, lepsze standardy bezpieczeństwa. Obywatelska solidarność powinna być wsparciem, nie protezą systemu.
Po trzecie wreszcie – pamiętać, że za każdym ogłoszeniem o poszukiwaniu koordynatora kryje się ktoś konkretny. Człowiek, który po całym swoim zwyczajnym dniu pracy zgodzi się jeszcze godzinami odpisywać na wiadomości, robić listy, odwozić paczki.
Następnym razem, gdy zobaczymy taki apel – czy to z Wałcza, Tolkmicka, Bartoszyc czy jakiejkolwiek innej miejscowości – warto zadać sobie jedno pytanie: czy w moim życiu jest miejsce na choć kawałek „drugiego etatu z serca”?
Bo to właśnie z takich kawałków poskładana jest sieć, która w najtrudniejszym momencie utrzymała w pionie nie tylko domy pomocy społecznej, ale nasze wspólne poczucie, że w obliczu kryzysu nie zostawiamy najsłabszych samych sobie.
tm, zdjęcie z Pexels (autor: RDNE Stock project)