Najpierw pojawiły się zdjęcia. Nie z frontu, tylko z kuchni. Stół zasłany materiałem, igła maszyny się grzeje, w tle telewizor mruczy o kolejnych zakażeniach. Ktoś wrzucił na Facebooka: „Szyję fartuchy dla szpitala w Puszczykowie, jak ktoś chce pomóc – odezwijcie się”. I nagle okazało się, że miasto, które dotąd kojarzyło się głównie z lasem, Wartą i spokojem, potrafi w jedną noc zamienić się w małą fabrykę środków ochrony osobistej.
Bo pandemia, poza wszystkim innym, brutalnie przypomniała, że szpital to nie abstrakcyjny „podmiot leczniczy”, tylko konkretne miejsce, w którym ktoś właśnie ma gorączkę 40 stopni, ktoś inny walczy o każdy oddech, a pielęgniarka po dwunastu godzinach dyżuru ma na twarzy odciśniętą gumkę od maseczki.
Domowa szwalnia, szpitalne korytarze
Historia pomocy dla szpitala w Puszczykowie zaczęła się bardzo nieheroicznie. Od kilku próbnych fartuchów uszytych po godzinach pracy. Trzeba było sprawdzić, czy się nie rozchodzą na szwach, czy da się je szybko zakładać, czy materiał wytrzyma pranie w temperaturze z piekła rodem. Ktoś zawiózł te pierwsze egzemplarze na oddział. Lekarze i pielęgniarki sprawdzili, pokiwali głowami: „Tak, tego potrzebujemy. Tylko dużo”.
„Dużo” w pandemicznej rzeczywistości oznaczało setki sztuk, a nie kilka dodatkowych fartuchów na zapas. Trzeba było znaleźć hurtownię z materiałem, dogadać szwalnię, która udostępni stoły i noże krojcze, zorganizować ludzi do szycia. Udało się kupić kilka wielkich bel tkaniny, znaleźć zakład, który – za symboliczne pieniądze – skroił materiał. Z kilku belek zrobiło się kilkaset fartuchów.
I wtedy zaczęła się druga zmiana. Po pracy w biurze rachunkowym – praca przy maszynie. Najpierw jedna osoba, potem dołączyła przyjaciółka, później mama. W ciągu dnia – faktury, JPK i deklaracje, wieczorem – stopki, szwy i lamówki. Nagle okazało się, że „praca biurowa” może spokojnie sąsiadować z ręczną robotą, kiedy w grę wchodzi coś tak przyziemnego, jak bezpieczeństwo ludzi w szpitalu.
Od prywatnej zbiórki do miejskiej akcji
W pewnym momencie pojawił się problem bardzo współczesny: ludzie chcą pomagać pieniędzmi. Pytają: „Na jakie konto przelać?”, „Jak wam dorzucić na materiał, na gumki, na nici?”. I wtedy przychodzi otrzeźwienie: serio mamy wrzucać w internet numer prywatnego konta z dopiskiem „na fartuchy”? Zaufanie zaufaniem, ale to jednak pandemia, a nie domowa zrzutka na nowy ekspres do kawy.
Z tych dylematów urodził się pomysł, żeby włączyć w działania tych, którzy mają pieczątki, konta i procedury: fundację i samorząd. Miasto oficjalnie dołącza do akcji, pojawia się numer konta, na który można wpłacać środki z dopiskiem „wsparcie dla szpitala w Puszczykowie”. Partnerem zostaje Fundacja Polskich Kawalerów Maltańskich. Dzięki temu cała ta oddolna, trochę chaotyczna energia dostaje bezpieczne, formalne ramy.
System WsparcieDlaSzpitala.pl
Ważna jest jeszcze jedna zmiana: zamiast zgadywać, czego szpital potrzebuje, można zajrzeć do systemu WsparcieDlaSzpitala.pl. Lokalny koordynator widzi tam listę konkretnych braków: urządzenia do dekontaminacji powietrza, sprzęt do ozonowania, maty oddzielające strefy brudne od czystych, odzież ochronna, środki do dezynfekcji. To już nie są przypadkowe kartony z „tym, co akurat było w promocji”, tylko odpowiedź na realne potrzeby oddziałów covidowych.
W praktyce wygląda to banalnie: logujesz się, widzisz listę, wybierasz, co chcesz sfinansować albo współfinansować, robisz przelew. Kilka kliknięć, które z perspektywy domowego laptopa wyglądają jak nic, a z perspektywy sali szpitalnej – jak dodatkowe poczucie bezpieczeństwa.
Rynek pełen wody, remiza pełna darów
Oczywiście, internetowe platformy to jedno. Druga rzecz to zwykłe, fizyczne dary. W Puszczykowie rolę centrum logistycznego wzięli na siebie strażacy ochotnicy. Remiza, która normalnie kojarzy się z syreną, wężami i wozem bojowym, zamieniła się w sortownię kartonów, zgrzewek i worków.
Na rynku i pod kościołem pojawiały się ogłoszenia: „Zbieramy wodę, ręczniki papierowe, środki czystości, jednorazowe rękawiczki, maseczki”. Wystarczył jeden post parafii, żeby po kilkunastu minutach pod bramą zaczęły zatrzymywać się pierwsze samochody. Ludzie przyjeżdżali z bagażnikami pełnymi zgrzewek wody, paczek papieru, płynów do dezynfekcji. Czasem wrzucali tylko jedną butelkę i rolkę ręczników – bo więcej nie mogli.
Efekt? W ciągu kilku dni zebrano tyle wody, że można by nią oblać niejedno boisko, do tego setki opakowań ręczników, chusteczek, mydła. Wolontariusze mieli pełen etat z samego tylko przyjmowania, segregowania i dowożenia tego wszystkiego do Puszczykowa i pobliskich szpitali. Ktoś liczył zgrzewki, ktoś podpisywał kartony, ktoś dźwigał pudła po schodach szpitalnej izby przyjęć. Na twarzach – maseczki, na rękach – rękawiczki, w oczach – ten dziwny miks strachu i poczucia sensu.
Szpital na pierwszej linii
W tym czasie szpital w Puszczykowie był dokładnie tam, gdzie nikt nie chciał być, a ktoś musiał – na pierwszej linii walki z COVID-19. Oddziały zapełnione pacjentami pod tlenem, niekończące się dyżury, sprzęt chodzący na okrągło. Personel medyczny pracował w warunkach, które nawet w szpitalnym świecie uchodzą za ekstremalne: kombinezony, przyłbice, podwójne rękawiczki, pot lejący się z czoła.
W takich warunkach fartuch to nie jest detal. To granica między „jakoś to będzie” a „może nie przywiozę tego do domu”. Urządzenie do dekontaminacji powietrza to nie gadżet, tylko realne zmniejszenie ryzyka zakażeń wśród personelu. Mata oddzielająca strefy na oddziale to konkret: wiadomo, gdzie kończy się brud, a zaczyna czyste. Każdy taki zakup finansowany z darowizn był małym oddechem ulgi.
Można oczywiście powiedzieć: ale jak to, w XXI wieku ludzie muszą zrzucać się na podstawowy sprzęt dla szpitala? Można. I wielu mówiło, używając znacznie dosadniejszych słów. Tyle że równolegle ci sami ludzie robili przelewy, szyli, nosili kartony. Wkurzenie na system wcale nie wyklucza troski o tych, którzy w tym systemie próbują leczyć innych.
Małe gesty, duże konsekwencje
W pewnym momencie do akcji zaczęły dołączać kolejne środowiska: szkoły, stowarzyszenia, lokalne firmy. Klasa z podstawówki organizowała zbiórkę słodyczy i kosmetyków dla pacjentów covidowych, ktoś inny przekazywał część zysków z działalności, jeszcze ktoś udostępniał samochód dostawczy. Na liście darczyńców przewijały się zarówno duże firmy, jak i osoby podpisane po prostu: „Ania z Puszczykowa”, „Rodzina z Mosiny”.
Po kilku tygodniach tej układanki można było zobaczyć coś ważnego: oddolna pomoc przestała być dodatkiem do działań państwa, stała się realną częścią systemu bezpieczeństwa. Oczywiście nikt tym nie zasłoni braków kadrowych czy dziur w finansowaniu. Ale nie da się też udawać, że te setki fartuchów, litry płynów do dezynfekcji i nowe urządzenia do oczyszczania powietrza „nie robią różnicy”. Robią. I to odczuwalną dla ludzi, którzy wchodzą na oddział zakaźny.
Państwo z tektury, społeczeństwo z krwi i kości
W tamtym czasie modne było sformułowanie „państwo z dykty”. Memiczny skrót myślowy na wszystko, co nie działało: od zacinających się infolinii po chaos z dostawami sprzętu. Nie ma co udawać – dla wielu osób obraz lokalnej społeczności szyjącej fartuchy i zbierającej pieniądze na urządzenia do dezynfekcji był dowodem, że coś poszło bardzo nie tak.
Ale jest też druga strona tej historii. Może państwo bywa z dykty, ale ludzie już nie. Zwykli mieszkańcy Puszczykowa, Mosiny i okolic, którzy nagle odkryli w sobie coś więcej niż tylko zmęczenie home office’em i frustrację z powodu zamkniętych siłowni. Firma, która zamiast narzekać na lockdown, wrzuciła na samochód kilka palet wody i ręczników. Parafia, która w jeden weekend zebrała więcej darów, niż ktokolwiek się spodziewał. Urzędnicy, którzy poszli dalej niż napisanie komunikatu na stronie i realnie włączyli się w organizację pomocy.
Można oczywiście powiedzieć, że „tak powinno być”. Że solidarność w czasie kryzysu to norma. Ale kto pamięta pierwsze tygodnie pandemii, ten wie, że równie dobrze mogliśmy zostać przy panice, wykupywaniu makaronu i kłótniach o maseczki w Biedronce. W Puszczykowie udało się pójść o krok dalej.
Co zostało po pandemii?
Dziś szpital w Puszczykowie działa już w innych realiach. Oddziały covidowe nie są w centrum uwagi, a statystyki zakażeń nie otwierają serwisów informacyjnych. Ale ślady tamtego czasu zostały. W magazynach stoi sprzęt kupiony z darowizn. Na korytarzach wiszą tabliczki z nazwami firm i instytucji, które wsparły szpital. Ktoś, mijając je w pośpiechu, nawet ich nie zauważa. Ktoś inny zatrzymuje się na chwilę, bo przypomina sobie wieczory przy maszynie do szycia.
Zostało też coś mniej namacalnego: doświadczenie, że lokalna społeczność naprawdę potrafi się zorganizować. Że między „ktoś powinien coś z tym zrobić” a „robimy” jest tylko jedna decyzja. I że ta decyzja wcale nie musi mieć w sobie nic z bohaterskiej pozy – może wyglądać jak zwykłe zalogowanie się do platformy, przelanie pięćdziesięciu złotych i odebranie telefonu od sąsiadki z pytaniem: „Masz może jeszcze trochę materiału? Mogę dziś przyjść poszyć”.
Ktoś wtedy napisał w komentarzu, że nie podejrzewał ludzi o taką zdolność do jednoczenia się. Brzmi patetycznie? Być może. Ale kiedy następnym razem będziemy narzekać, że „wszyscy myślą tylko o sobie”, warto sobie przypomnieć, że wiosną 2020 roku w Puszczykowie naprawdę nie wszyscy myśleli tylko o sobie. Niektórzy myśleli o szpitalu. I to wystarczyło, żeby pomóc.
tm, zdjęcie z Pexels (autor: Pavel Danilyuk)