Na początku to były drobiazgi: ktoś policzył, że przy dotychczasowym zużyciu rękawiczek starczy na tydzień, może dwa. Ktoś inny zauważył, że płyn do dezynfekcji w magazynie kończy się szybciej niż zwykle. W małych domach pomocy społecznej nikt jeszcze wtedy nie mówił na głos słowa „katastrofa”. Wszyscy powtarzali: „jakoś to będzie, damy radę”. A potem przyszły kolejne komunikaty, obostrzenia, zakaz odwiedzin. I bardzo szybko okazało się, że „zabrakło wszystkiego” to wcale nie jest metafora.
Ostatni w kolejce po pomoc
W szpitalach trwała walka o respiratory, kombinezony, testy. Kamery telewizyjne były tam, gdzie oddziały zakaźne, SOR-y, wielkie miejskie lecznice. W tym samym czasie w małych miejscowościach – w Szpęgawsku, Płazie, Lubaczowie i setkach podobnych miejsc – dyrektorzy domów pomocy społecznej próbowali zdobyć coś o wiele prostszego: maseczki, przyłbice, zwykłe środki czystości.
Problem był podwójny. Po pierwsze – mieszkańcy DPS-ów należą do najbardziej narażonych: osoby starsze, przewlekle chore, często niesamodzielne. Wystarczy jeden wirus w takim domu, żeby w ciągu kilku dni zachorował pół oddziału. Po drugie – w systemie to nie DPS-y były „na pierwszej linii”. Nie miały statusu szpitala zakaźnego, nie trafiały na czołówki portali, nie miały sztabów kryzysowych z własnymi rzecznikami prasowymi.
Przyszła więc chwila, w której trzeba było głośno powiedzieć: „nie dajemy rady sami”.
Od wstydu do ogłoszenia
Dla wielu dyrektorów i dyrektorek to był trudny moment. Instytucja publiczna z wieloletnią tradycją, poważny ton komunikatów, a tu nagle… prośba o pomoc. Ogłoszenie na stronie internetowej, w Biuletynie Informacji Publicznej, na Facebooku: „Poszukujemy lokalnego koordynatora zbiórek na rzecz naszego domu pomocy”.
Za tym jednym zdaniem stał konkretny dramat: listy braków, które rosły z dnia na dzień. Jednorazowe fartuchy, ochraniacze na obuwie, płyny do dezynfekcji, maseczki – i to nie na „za miesiąc”, tylko na jutro, pojutrze. Do tego drobiazgi, o których nikt poza personelem nie myśli: kremy do przesuszonych od ciągłego mycia rąk, wygodne obuwie na dyżury, czajniki, które wytrzymają kolejne kilkanaście godzin włączania po kolei przez zmęczone pielęgniarki.
Prośba o lokalnego koordynatora była więc czymś więcej niż technicznym ogłoszeniem. To było przyznanie się: potrzebujemy kogoś z „zewnątrz”, kto stanie się twarzą tej potrzeby w społeczności, kto pociągnie ludzi, firmy, parafie, stowarzyszenia.
Kim był lokalny koordynator
W praktyce często okazywało się, że tym koordynatorem zostawał ktoś, kto już wcześniej krążył wokół domu pomocy: córka jednej z mieszkanek, lokalny działacz, nauczycielka, członkini rady rodziców, czasem radna czy społecznik znany z organizowania zbiórek dla schroniska.
Ich zadanie było proste tylko na papierze: spiąć w całość to, czego instytucja sama zrobić nie potrafiła.
To koordynator tłumaczył w mediach społecznościowych, czego naprawdę potrzeba – nie „czegokolwiek”, ale konkretnych rzeczy, w określonych ilościach. Umawiał odbiory z firmami i osobami prywatnymi. Kontaktował się z ogólnopolskimi inicjatywami łączącymi darczyńców z placówkami, żeby dom z małej miejscowości nie ginął wśród wielkich szpitali. Pilnował, by darczyńcy wiedzieli, że ich pomoc realnie coś zmienia.
W Szpęgawsku, Płazie, Lubaczowie i podobnych miejscach to dzięki takim osobom na portiernię zaczęły trafiać pierwsze paczki: kartony z maseczkami od lokalnego przedsiębiorcy, środki dezynfekcji od hurtowni, ręcznie szyte fartuchy od kół gospodyń wiejskich, przyłbice wydrukowane na drukarkach 3D przez uczniów technikum.
Kiedy personel też jest „na kwarantannie”
Drugi cichy kryzys rozgrywał się w grafiku pracy. Wystarczyło kilka dodatnich wyników wśród personelu albo obowiązkowa kwarantanna domowa, by standardowy podział dyżurów przestał istnieć.
W małych domach pomocy społecznej nie ma „ławki rezerwowych” – nie czeka w szatni dziesięć pielęgniarek na wszelki wypadek. Każda nieobecność to było przesuwanie grafiku niczym klocków w Tetrisie: kto może zostać na nocce, kto da radę przyjść na dodatkowy dzień, kto ma w domu małe dzieci i nie może zostać dłużej, choćby chciał.
Wiele osób zgadzało się na kilkudniowe „zamknięcie” w placówce, by nie ryzykować przyniesienia wirusa z zewnątrz. Spali w pokojach gościnnych, na materacach, między dyżurami dzwonili do rodzin, które widzieli tylko przez telefon.
To nie jest bohaterstwo z patetycznych filmów. To raczej ciche, uparte „nie zostawimy ich”, powtarzane przy porannej kawie w dyżurce.
Mieszkańcy, którzy nie rozumieją, dlaczego nikt nie przychodzi
Trzeci rodzaj trudności był niewidzialny na listach zakupów. Zaczął się w dniu, w którym zamknięto drzwi dla odwiedzających.
Dla wielu mieszkańców DPS-u wizyta rodziny raz w tygodniu była centrum świata: przywiezione ciasto, wiadomości z domu, wspólna kawa w świetlicy. Nagle z dnia na dzień tego zabrakło.
Jak wytłumaczyć osobie z demencją, że córka nie przychodzi nie dlatego, że „zapomniała”, ale dlatego, że świat za oknem nagle stał się niebezpieczny? Jak poradzić sobie z płaczem kogoś, kto codziennie szykuje się na wizytę, bo „przecież zawsze były w sobotę”?
Tu również trzeba było improwizować. Kupowano dodatkowe tablety, telefony, przedłużano abonamenty, by umożliwić wideorozmowy. Pracownicy uczyli się obsługi komunikatorów tak samo, jak wcześniej uczyli się zakładać przyłbice. Organizowali „spacery na balkon”, by rodziny mogły choć pomachać bliskim z podwórka.
To też był rodzaj koordynacji – ale nie zbiórek, tylko emocji.
Sieci, które zostały na dłużej
Kiedy patrzy się dziś na ogłoszenia sprzed kilku lat o poszukiwaniu lokalnych koordynatorów zbiórek, łatwo ulec pokusie, by uznać je za jednorazową akcję. „Był kryzys, więc zorganizowaliśmy zbiórkę, koniec historii”.
Tymczasem w wielu miejscach właśnie wtedy powstały sieci, które działają do dziś.
Lokalni przedsiębiorcy, którzy pierwszy raz dali coś „za darmo”, zrozumieli, że to nie jest tylko koszt, ale inwestycja we własną społeczność – bo kiedy DPS sobie radzi, mniej dramatów rozgrywa się w sąsiednich blokach i domach. Szkoły i młodzież, które szyły maseczki i drukowały przyłbice, zobaczyły, że ich praca ma sens, i dziś chętniej wracają do wolontariatu. Organizacje pozarządowe, parafie, grupy sąsiedzkie nauczyły się współpracować z instytucją publiczną inaczej niż tylko przy okazji świątecznych paczek.
Co ważne – część domów pomocy włączyła się także w ogólnopolskie platformy łączące potrzeby placówek z potencjałem darczyńców. Dla małych ośrodków to był często jedyny sposób, by „przebić się” z informacją o swoich brakach poza lokalny rynek.
Dziś, kiedy sytuacja epidemiczna jest inna, te doświadczenia wracają przy kolejnych kryzysach: rosnących cenach energii, konieczności remontów, dostosowań do potrzeb osób z niepełnosprawnościami. Kto raz nauczył się pisać jasno o swoich potrzebach i prosić o wsparcie, temu łatwiej robić to po raz drugi.
Czego nauczył nas kryzys małych DPS-ów
Można spojrzeć na tamten czas jak na test z kilku lekcji naraz.
Po pierwsze – przejrzystość
Ogłoszenia o poszukiwaniu koordynatorów, listy potrzeb, komunikaty w sieci – to wszystko było wyjściem z bezpiecznego muru instytucji. Zamiast milczeć i czekać, aż „ktoś z góry” rozwiąże problem, małe DPS-y powiedziały głośno, czego im brakuje. To nie osłabiło ich autorytetu – wręcz przeciwnie.
Po drugie – zaufanie do lokalnej społeczności
Okazało się, że sąsiedzi, firmy, szkoły, samorząd potrafią reagować szybko, jeśli wiedzą, co jest potrzebne. To nie był wielki program rządowy, tylko sklejanie systemu od dołu.
Po trzecie – rola pośredników
Lokalni koordynatorzy zbiórek stali się brakującym ogniwem między „światem urzędowych pism” a „światem ludzkiej solidarności”. Umieli rozmawiać w obu językach. Dziś, gdy mówimy o wzmocnieniu ochrony zdrowia i opieki społecznej, warto pamiętać, że czasem najbardziej potrzebną „inwestycją” jest właśnie człowiek, który potrafi to wszystko ze sobą połączyć.
Na wypadek następnego „zabrakło”
Nie ma gwarancji, że podobny kryzys się nie powtórzy. Może nie w formie pandemii, ale w innej postaci – nagłego wzrostu kosztów, przerw w dostawach, nowej fali chorób.
Pytanie brzmi: czy wyciągnęliśmy wnioski z tego, co wydarzyło się w małych domach pomocy społecznej?
Jeśli tak – to dziś w każdej gminie powinniśmy mieć nie tylko formalne procedury kryzysowe, ale i realne, żywe kontakty: listę ludzi, którzy kiedyś już „ciągnęli” zbiórki, firm, które raz pomogły i powiedziały „proszę dzwonić, jak znowu będzie potrzeba”, szkół gotowych włączyć młodzież.
Bo gdy następnym razem znowu „zabraknie wszystkiego”, nie zaczniemy od pytania „kto nam pomoże?”, tylko od stwierdzenia: „wiemy, jak to robić – robiliśmy to już razem”.
A małe domy pomocy społecznej, takie jak te w Szpęgawsku, Płazie czy Lubaczowie, przestaną być cichymi, zapomnianymi placówkami na marginesie systemu. Zobaczymy je wreszcie takimi, jakie są naprawdę: jako delikatne, ale bardzo ważne punkty podparcia dla całych lokalnych społeczności.
tm, zdjęcie z Pexels (autor: )