Kiedy wiosną 2020 roku ulice Sopotu nagle opustoszały, życie wcale nie zatrzymało się całkowicie. Po prostu przeniosło się za drzwi mieszkań, na klatki schodowe, do internetu. Wtedy w całej Polsce, również w Sopocie, zaczęło się jedno z najciekawszych zjawisk tamtych miesięcy: masowe, oddolne pomaganie.
Dla wielu ludzi był to pierwszy raz, kiedy świadomie zadali sobie pytanie: „Co ja konkretnie mogę zrobić?”. Odpowiedzi było zaskakująco dużo – od zwykłego telefonu do sąsiadki, po wsparcie szpitali przez specjalne platformy, takie jak Wsparcie dla Szpitala.
Pomoc zaczyna się za ścianą – sąsiedzkie wsparcie
Najprostsza, a jednocześnie najbardziej potrzebna forma zaangażowania to była… zwykła sąsiedzka życzliwość. W mieście, w którym mieszka wielu seniorów i osób samotnych, nagle okazało się, że najważniejszym „frontem” nie zawsze jest szpital, ale klatka schodowa.
Sopocianie mogli:
- zapukać do sąsiada,
- zostawić kartkę na drzwiach albo na tablicy ogłoszeń („Jeśli potrzebujesz zakupów / leków – zadzwoń…”),
- dołączyć do lokalnie koordynowanej pomocy sąsiedzkiej, w której wolontariuszy zbierało miejskie centrum wolontariatu.
Dla wielu starszych osób wyjście do sklepu oznaczało realne ryzyko. Dla młodszych często była to kwestia jednego dodatkowego plecaka z zakupami. Ten prosty „most” między piętrami kamienicy w praktyce oznaczał różnicę między lękiem a poczuciem bezpieczeństwa.
Internet zamiast rynku miejskiego – grupy pomocy w sieci
Szybko okazało się, że współczesny odpowiednik miejskiego rynku to… Facebook. W Trójmieście powstawały grupy, które łączyły tych, którzy potrzebują wsparcia, z tymi, którzy mogą je zaoferować.
W Sopocie i regionie Sopocianie mogli:
- dołączyć do trójmiejskich grup wymiany pomocy,
- zgłosić, że potrzebują zakupów, wyjścia z psem czy odbioru leków,
- zaoferować własny czas, samochód, umiejętności.
Tego typu grupy działały jak żywy organizm – jednego dnia ktoś szukał kogoś z samochodem, drugiego ktoś inny oferował kilkanaście wolnych maseczek dla osób pracujących w handlu. Internet, który zwykle kojarzy się z memami i kłótniami, na chwilę stał się wielką tablicą ogłoszeń o solidarności.
Igła, nitka i solidarność – szycie maseczek
Kiedy maseczki stały się towarem deficytowym, do działania weszły maszyny do szycia. Na Pomorzu ruszyła duża akcja szycia masek ochronnych, do której dołączały osoby z Trójmiasta i okolic – w tym z Sopotu.
Mogli pomóc ci, którzy:
- mieli w domu maszynę do szycia,
- potrafili szyć choćby w podstawowym zakresie,
- albo mogli pomóc w logistyce – przywozić materiał, odbierać gotowe maseczki, rozwozić je do placówek.
W samym Sopocie do szycia masek dla służb medycznych włączyli się też harcerze. Osoby chętne dostawały instrukcję, jak uszyć maseczkę, oraz materiały. Gotowe pakiety trafiały potem do szpitali i innych ośrodków. Dla wielu sopocian igła i nitka stały się na kilka tygodni ważniejszym „narzędziem walki z epidemią” niż jakiekolwiek posty w mediach społecznościowych.
Pomoc dla seniorów i chorych – działania charytatywne
Sytuacja epidemiczna najmocniej uderzyła w tych, którzy i tak byli już na granicy sił – osoby starsze, przewlekle chore, mieszkańców domów opieki czy hospicjów.
Sopocianie mogli włączać się w:
- wsparcie akcji pomocowych na rzecz seniorów – finansowo, rzeczowo, czasem również wolontariacko,
- inicjatywy typu „paczka bezdotykowa”, czyli dostarczanie podstawowych produktów osobom, które nie mogły opuszczać domu,
- zbiórki na zakup maseczek chirurgicznych i środków ochrony dla hospicjum oraz zakładów opiekuńczo-leczniczych w regionie.
Dla jednych było to kilka złotych przelanych z poziomu telefonu. Dla innych – regularne wspieranie konkretnych miejsc, o których wcześniej nawet nie słyszeli. Pandemia brutalnie przypomniała, że system ochrony zdrowia to nie tylko „SOR i szpital”, ale cała sieć miejsc, gdzie toczy się codzienna walka o ludzką godność.
Wsparcie dla szpitali – gdy liczy się precyzja pomocy
Jednym z kluczowych elementów tamtego czasu była pomoc kierowana bezpośrednio do szpitali. Problem polegał jednak na tym, że dobre chęci to za mało – potrzebna była informacja, czego naprawdę brakuje i gdzie.
Dlatego tak ważne były rozwiązania systemowe, takie jak platforma Wsparcie dla Szpitala.
Sopocianie, którzy chcieli pomóc placówkom medycznym, mogli:
- wejść na platformę,
- sprawdzić, jakich konkretnie rzeczy potrzebują szpitale (środki ochrony osobistej, sprzęt, posiłki dla personelu, pomoc logistyczna),
- zadeklarować swoją pomoc – jako osoba prywatna, firma czy organizacja.
Taki systemowy „pośrednik” między szpitalami a darczyńcami dawał coś bardzo ważnego: poczucie, że pomoc jest sensowna, trafia tam, gdzie trzeba, i nie marnuje się w chaosie. Zamiast zastanawiać się, „czy komuś jeszcze przydadzą się kolejne zgrzewki wody”, mieszkańcy mogli reagować na konkretne, aktualne potrzeby.
Dla części przedsiębiorców z Sopotu było to też pierwsze doświadczenie tak bezpośredniego wsparcia medycyny – nie przez wielką, abstrakcyjną zbiórkę, ale przez realny zakup brakujących środków ochrony do szpitala w ich regionie.
Książki, respirator i Wielka Orkiestra
Nie każdy miał czas, zdrowie czy możliwość, by angażować się fizycznie. Dla wielu osób jedyną realną formą pomocy były przelewy. Ale nawet to mogło mieć ludzki wymiar.
Sopocianie mogli na przykład:
- kupić książkę charytatywną, z której dochód przeznaczano na zakup respiratorów dla dużego szpitala klinicznego w regionie,
- dorzucić się do specjalnego funduszu interwencyjnego, z którego finansowano zakupy sprzętu dla placówek w całej Polsce,
- wesprzeć zbiórki internetowe – przez strony płatności online czy zbiórki prowadzone w mediach społecznościowych.
Z perspektywy pojedynczej osoby była to często „tylko” jednorazowa wpłata. Z perspektywy szpitali – konkretne urządzenia, które pomagały ratować ludzkie życie.
Co nam zostało z tamtej mobilizacji?
Pandemia – szczęśliwie – nie trwa wiecznie. Ale pytanie o to, jak Sopocianie mogli (i potrafili) się wtedy włączyć w pomoc, warto zadać także dziś, już po najcięższych miesiącach.
Bo tamten czas pokazał kilka rzeczy:
Najważniejsze wsparcie bywa najbliżej. Czasem bardziej niż wielka akcja liczy się telefon do sąsiada.
Technologia może służyć solidarności. Grupy pomocowe w sieci czy platformy takie jak Wsparcie dla Szpitala stały się narzędziami bardzo konkretnej, praktycznej empatii.
System ochrony zdrowia potrzebuje nie tylko lekarzy, ale i sojuszników. Od harcerzy szyjących maseczki po firmy, które finansują sprzęt – bez tego wsparcia szpitale miałyby znacznie mniej szans w starciu z epidemią.
Dziś, gdy emocje opadły, łatwo wrócić do starego nawyku: „to nie moja sprawa, od tego jest państwo”. Ale doświadczenie Sopotu z czasu pandemii pokazało, że w sytuacji kryzysu państwo to także zwykli mieszkańcy – z telefonem, kartą płatniczą, maszyną do szycia czy po prostu chęcią, żeby nie zostać obojętnym.
I choć nikt nie chce, by powtórzył się tamten scenariusz, jedno jest pewne: jeśli znów przyjdzie kryzys, Sopocianie dobrze już wiedzą, jak mogą się włączyć w pomoc. I że w tej układance jest miejsce zarówno na małe gesty po sąsiedzku, jak i na systemowe wsparcie szpitali przez takie inicjatywy jak Wsparcie dla Szpitala.
tm, zdjęcie z Pexels (autor: RDNE Stock project)