Zbliżenie na głowicę drukarki 3D w pracy, przedstawiające kulisy niewidzialnej logistyki wolontariatu medycznego od produkcji po dostawy do szpitali.

Od drukarki do szpitala: niewidzialna logistyka wolontariatu medycznego

W jego mieszkaniu już dawno zrobiło się za jasno jak na drugą w nocy. W salonie migotały cztery monitory, na komodzie stały trzy drukarki 3D, a z kuchni dochodził jednostajny, hipnotyzujący pomruk kolejnych maszyn. Na suszarce, zamiast prania, wisiały przezroczyste, jeszcze ciepłe tarcze do przyłbic.

– Słuchaj, jak to się skończy, to zacznę tęsknić za tym dźwiękiem – rzuca półżartem Bartek, informatyk na co dzień, a od kilku tygodni „drukarz dla szpitali”. – Ale na razie… – macha ręką w stronę monitora, gdzie wyświetla się tabela z zamówieniami z całej Polski. – Na razie trzeba dowieźć to do ludzi.

Na liście: szpital powiatowy, zakład opiekuńczo-leczniczy, dom pomocy społecznej, oddział zakaźny. Przy każdym w rubryce „potrzeby”: setki przyłbic i ochronnych gogli. Przy każdym w rubryce „status”: „w trakcie”, „w drodze”, „czeka na transport”.

Bo w tej historii najciekawsze – i najbardziej dramatyczne – jest to, co dzieje się pomiędzy mieszkaniem Bartka a szpitalną izbą przyjęć. Kilka, kilkanaście, czasem kilkaset kilometrów logistyki, której nikt wcześniej nie planował.

Setki drukarek, jeden cel

Kilka tygodni wcześniej wszystko zaczęło się od jednego posta na portalu społecznościowym. Ktoś wrzucił prosty model przyłbicy, ktoś inny napisał, że ma drukarkę 3D, którą może udostępnić. W ciągu kilku dni w całym kraju odezwali się posiadacze takich maszyn: domowi majsterkowicze, małe firmy, szkolne pracownie, startupy.

– Nagle okazało się, że mamy w Polsce cichy, rozproszony „zakład produkcyjny” – opowiada Michał, koordynator akcji. – Kilkaset drukarek 3D, rozsianych po szesnastu województwach. Każda robi po kilka, kilkanaście przyłbic na dobę. Jak to policzyliśmy, wyszło nam, że jesteśmy w stanie wypuszczać ponad tysiąc sztuk dziennie. Za darmo. Tylko trzeba to poukładać.

Ułożenie tego „tylko” okazało się długą listą zadań: zebrać wolontariuszy, ustalić standardy, dogadać się co do modeli, znaleźć przezroczyste folie, gumki, taśmy. I wreszcie – powiązać wszystko z realnymi potrzebami szpitali, tak by tarcze ochronne nie lądowały w pudełkach w czyimś garażu, tylko tam, gdzie pierwsza linia walczyła z wirusem.

Tu wchodzi platforma internetowa, stworzona w czasie pandemii, by łączyć placówki medyczne z tymi, którzy chcą pomóc. Szpital wpisuje, czego mu brakuje – od maseczek po środki dezynfekcyjne – a system przypisuje do niego darczyńców i wolontariuszy. Teraz, dzięki drukarzom 3D, do katalogu „pomocy” dochodzi nowa pozycja: przyłbice i gogle.

Na ekranie Michała pojawia się kolejne zgłoszenie.

– Mamy szpital w małym mieście na wschodzie. Potrzebują sto przyłbic. Sprawdzam listę drukarek, mamy trzech wolontariuszy w promieniu osiemdziesięciu kilometrów. Tylko jak to spiąć logistycznie? – zastanawia się na głos.

Małe paczki, wielki problem

Paradoks tej akcji jest taki, że paczki wcale nie są imponujące. Kartony lekkie, rozmiar średniej przesyłki kurierskiej, żadnej palety, żadnego ciężaru, którego nie uniósłby przeciętny nastolatek. A jednak to właśnie one stają się wąskim gardłem.

– Gdyby to był jeden wielki transport gdzieś z zagranicy, już dawno znalazłby się sponsor, tir, konferencja prasowa i zdjęcie z przekazania – mówi z lekką ironią jedna z wolontariuszek. – A my mamy tysiące małych, codziennych paczek. Bez fleszy, za to z ogromnym znaczeniem.

Bartek pakuje właśnie kolejną partię. Dwadzieścia przyłbic, każda oddzielnie zawinięta, dołączona krótka instrukcja dezynfekcji i kartka z wydrukowanym „Dziękujemy, że jesteście”. Z Poznania pojadą do niewielkiego szpitala, gdzie oddział ratunkowy od tygodni pracuje ponad siły.

– Kurierzy już mnie kojarzą – śmieje się. – „A, to pan od tych przyłbic”. Ale to i tak tylko część drogi. Bo prawdziwym marzeniem jest, żeby jakaś firma logistyczna powiedziała: „Dobra, bierzemy to na siebie. Codziennie odbieramy te paczki od drukarzy i rozwozimy tam, gdzie trzeba”.

Na razie logistyczna mapa tworzy się ad hoc. Tu kierowca busa wracający z trasy zgadza się zboczyć kilkadziesiąt kilometrów. Tam lokalna pizzeria dorzuca się do baku wolontariusza, który zamiast w domu, weekend spędza „w trasie z przyłbicami”. Gdzie indziej mała firma kurierska deklaruje darmowy przewóz dla jednej placówki, bo „to nasz szpital, musimy pomóc”.

– To jest piękne, tylko strasznie kruche – ocenia Michał. – Działa, dopóki mamy entuzjazm, trochę paliwa i dobrą wolę. Ale jeśli chcemy wysyłać ponad tysiąc przyłbic dziennie, to już nie jest spontaniczna akcja. To jest normalny łańcuch dostaw, który musi chodzić jak w zegarku.

Na końcu łańcucha – szpital

W oddziale zakaźnym jednego ze szpitali wojewódzkich pielęgniarka Ewa dostaje do rąk pierwszą partię przyłbic.

– Pachniały plastikiem i jakimś smarem – wspomina. – Ale dla nas to był zapach bezpieczeństwa.

Do tej pory personel radził sobie, jak mógł. Maseczki szyte przez lokalne krawcowe, prowizoryczne osłony z laminowanych folii biurowych. Działało, ale każdy wiedział, że to rozwiązania na chwilę, na desperację.

– Kiedy przyszły te przyłbice z drukarek, poczułam ulgę – mówi Ewa. – One nie były idealne, czasem coś trzeba było dociąć, czasem pasek uwierał. Ale nagle między moją twarzą a pacjentem pojawiła się prawdziwa bariera. To bardzo dużo zmienia w głowie.

Ewa przekłada przyłbicę przez głowę, poprawia gumkę, sprawdza, czy nie parują jej okulary. Robi to z wprawą, bo teraz każda zmiana dyżuru zaczyna się od rytuału zakładania kolejnych warstw ochrony.

W kartonie, z którego wyciągnęła przyłbicę, znajduje karteczkę: „Drukowane w garażu w Szczecinie. Trzymajcie się!”. Przez chwilę trzyma ją w palcach.

– To robi ogromne wrażenie, że gdzieś w kraju ktoś siedzi po nocy przy maszynie, żebyśmy my mieli czym się zasłonić – mówi cicho. – Czujesz, że nie jesteś sama z tym wszystkim.

Między garażem a oddziałem – sieć niewidzialnych rąk

Kiedy się na to spojrzy z góry, widać coś w rodzaju żywego organizmu. W jednym miejscu rusza drukarka, w innym ktoś kupuje folię, jeszcze gdzieś indziej wolontariusz pakuje karton, kierowca zmienia trasę, pracownik magazynu odkłada na bok paczkę „priorytetową dla szpitala”.

– Na początku próbowaliśmy to ogarnąć z Excela – śmieje się Michał. – Szybko okazało się, że potrzebujemy czegoś więcej. Dlatego połączyliśmy nasz ruch drukarzy z działającą już platformą, która zbiera potrzeby szpitali. Ona pokazuje, kto czego potrzebuje i gdzie, a my próbujemy przypisać do tego drukarki i transport.

Na mapie na ekranie monitora pojawiają się kolejne pinezki. Każda z nich to albo „źródło” – drukarka 3D w mieszkaniu, firmie, szkole, albo „cel” – szpital, DPS, ośrodek rehabilitacji. Pomiędzy nimi kreski – zasięgi możliwych dostaw, zadeklarowane przez lokalnych partnerów.

– Najbardziej wzruszające są te małe miejscowości – przyznaje Michał. – Niby daleko od dużych ośrodków, a nagle okazuje się, że jest tam chłopak z drukarką 3D w pokoju, prywatna firma transportowa z dwoma busami i piekarnia, która mówi: „My codziennie jeździmy do miasta po mąkę, to możemy też coś zawieźć”.

Ale właśnie w takich miejscach najbardziej widać, jak cienka jest linia między tym, że coś „jakoś” działa, a tym, że zaczyna się sypać. Wystarczy awaria jednego auta, choroba jednego wolontariusza, zamknięcie jednego punktu, by cały mini-łańcuch na chwilę stanął.

– Dlatego tak ważne jest, żeby dołączyły firmy, które na co dzień żyją z logistyki – podkreśla Michał. – My mamy energię, drukarki, chęci. Szpitale mają dramatyczne potrzeby. Brakuje tego trzeciego ogniwa – profesjonalnego transportu, który zagwarantuje ciągłość.

Telefon, który może zmienić trasę

– Dzień dobry, z tej strony Michał. Dzwonię w sprawie akcji pomocy szpitalom. Słyszałem, że macie flotę busów…

Tak brzmi wiele rozmów, które prowadzi każdego dnia. Jedna firma odmawia – „ciężko, kryzys, nie damy rady”. Druga prosi o maila z opisem akcji. Trzecia pyta, czy można by na pudełkach umieścić ich logo.

– Nie mam z tym problemu – mówi. – Jeśli ktoś chce w zamian za pomoc po prostu powiedzieć „hej, zrobiliśmy coś dobrego”, to jest dla mnie uczciwy układ. Ważne, by przyłbice docierały tam, gdzie trzeba.

Czasem rozmowa kończy się szybciej, niż się zaczęła.

– Wie pan co? – mówi pewnego dnia właściciel lokalnej firmy transportowej z południa Polski. – Ja nie będę kombinował. Mamy ciężki czas, trochę zleceń nam odpadło. Ale jak pan mówi, że to dla szpitala, to się dogadamy. Wyślijcie tylko, skąd i dokąd mają jechać kierowcy.

I nagle na mapie pojawia się kolejna kreska. Niepozorna linia, która oznacza, że dwa szpitale więcej dostaną swoje paczki na czas.

To nie jest „tylko kilka plastików”

Patrząc z zewnątrz, łatwo sprowadzić tę historię do obrazka: „zobaczcie, ludzie drukują przyłbice na drukarkach 3D”. Ładnie wygląda na zdjęciach, cieszy, daje poczucie sprawczości. Ale prawdziwa opowieść to ta o setkach drobnych decyzji, telefonów, kilometrów przejechanych bez fanfar.

– Każda taka przyłbica to nie jest „tylko plastik” – mówi Ewa ze szpitala. – To jest czyjś czas, czyjeś pieniądze, czyjeś nerwy, czyjś strach i czyjaś nadzieja. I ten cały łańcuch ludzi, których nigdy nie poznam, a którzy sprawili, że dziś czuję się choć odrobinę bezpieczniej.

Michał patrzy na ekran, na którym migają nowe zgłoszenia. Bartek dokłada kolejną szpulę filamentu do drukarki. Kierowca busa wrzuca do bagażnika jeszcze jeden karton, zanim ruszy w stronę szpitala. A w tym wszystkim jest cichy, powtarzający się refren: „ważna jest ciągłość”.

Bo tu nie chodzi o jednorazowy zryw, spektakularną zbiórkę ani medialne „rekordy”. Chodzi o to, by jutro, pojutrze i za tydzień, gdy w kolejnych oddziałach ktoś będzie zakładał przyłbicę przed wejściem do sali z pacjentem, plastikowa tarcza nadal była na wyciągnięcie ręki.

Reszta – drukarki, platforma, firmy, które podstawią swoje samochody – to tylko (i aż) sposób, by ta prosta rzecz mogła się wydarzyć. Codziennie, po cichu, z mieszkania do szpitala.

tm, zdjęcie z Pexels (autor: Jakub Zerdzicki)