Pracownik medyczny w pełnym kombinezonie ochronnym przygotowujący się do pracy w pustym gabinecie, ilustrujący działanie i znaczenie platformy „Wsparcie dla Szpitala”, stworzonej mimo braku wcześniejszych planów.

Platforma, której nie było w planach. Czym było „Wsparcie dla Szpitala” i jak działało?

W marcu 2020 roku w wielu szpitalach telefon dzwonił bez przerwy. Na jednej linii lekarz próbował dodzwonić się do sanepidu, na drugiej rodzina pacjenta pytała, czy można przynieść piżamę, a na trzeciej ktoś mówił: „Mamy firmę, chcemy pomóc. Co państwu potrzeba?”. W tym samym czasie w mediach społecznościowych wyrastały jak grzyby po deszczu grupy: „Pomoc dla szpitala X”, „Szyjemy maseczki”, „Dowóz obiadów dla medyków”.

Chaos dobrej woli

Energia była ogromna, ale panował chaos. Jedne placówki dostawały pięćdziesiąt kartonów wody mineralnej, inne nie miały podstawowych środków ochrony. Ktoś pod szpital przywoził setki maseczek, podczas gdy kilkadziesiąt kilometrów dalej personel na dyżurze używał tej samej przez cały dzień.

Z tej mieszaniny dobrej woli i dezorganizacji narodził się pomysł, który przybrał konkretną formę: platforma internetowa „Wsparcie dla Szpitala”.

Skąd wziął się pomysł?

Inicjatywa wyszła ze środowiska naukowców i informatyków skupionych w Wirtualnym Instytucie Kryzysowym – nieformalnym, nienastawionym na zysk think tanku, który powstał przy Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu. W jego skład weszli specjaliści z wielu dziedzin: od epidemiologii, przez ekonomię i logistykę, po informatykę i psychologię – z kilkudziesięciu polskich uczelni.

Ci ludzie obserwowali to, co widzieliśmy wszyscy: spontaniczne szycie maseczek, zbiórki wśród znajomych, firmy przekazujące sprzęt i jednocześnie – szpitale próbujące w tym wszystkim nie utonąć. Widzieli też, że dla personelu medycznego organizacja pomocy staje się dodatkowym, wyczerpującym „etatem”: odpisywanie na wiadomości, tłumaczenie, co jest naprawdę potrzebne, koordynowanie odbioru paczek.

Pomysł był pozornie prosty: skoro i tak żyjemy w świecie cyfrowym, skoro tyle spraw załatwiamy przez aplikacje – od zamawiania jedzenia po kupowanie biletów – to dlaczego nie stworzyć narzędzia, które w podobnie prosty sposób połączy tych, którzy chcą pomagać, z tymi, którzy tej pomocy potrzebują najbardziej?

Tak powstała platforma Wsparcie dla Szpitala – internetowy „most” między szpitalem, darczyńcą i lokalnym koordynatorem.

Trzy filary: szpital, darczyńca, koordynator

Technicznie rzecz biorąc była to darmowa aplikacja webowa, oparta na trzech podstawowych modułach.

Strona szpitala – lista potrzeb zamiast rozpaczliwych apeli

Każda placówka, która chciała skorzystać z systemu, musiała się zarejestrować i zostać zweryfikowana. Po zalogowaniu przedstawiciel szpitala – często ktoś z działu administracyjnego albo sekretariat medyczny – mógł stworzyć aktualną listę potrzeb.

Nie chodziło wyłącznie o wielkie rzeczy typu respiratory czy kardiomonitory. Na listach pojawiały się:

  • jednorazowe rękawiczki, fartuchy, kombinezony, gogle, przyłbice,
  • środki dezynfekcyjne, płyny do mycia, ręczniki papierowe,
  • posiłki dla personelu i pacjentów, napoje, kawa, herbata,
  • konkretny rodzaj wolontariatu – np. kierowcy, którzy zawiozą kogoś na dializy, informatycy do wsparcia zdalnego, osoby do pomocy logistycznej.

Każda potrzeba była opisana w możliwie uporządkowany sposób: czego dokładnie brakuje, w jakiej mniej więcej ilości, na jak długo, w jakim mieście/regionie, w jakich godzinach można dostarczyć, czy trzeba spełnić szczególne wymogi. Platforma „porządkowała” więc to, co wcześniej rozpraszało się po dziesiątkach telefonów i wiadomości prywatnych.

Strona darczyńcy – zamiast „gdziekolwiek”, pomoc „dokładnie tu”

Drugi moduł był dla tych, którzy chcieli pomagać. Mógł to być duży zakład produkcyjny, lokalna restauracja, fundacja, samorząd, ale też zwykła osoba prywatna. Darczyńca również zakładał konto i określał, co jest w stanie zaoferować:

  • konkretny produkt (np. 100 litrów płynu dezynfekującego, 200 przyłbic, 500 maseczek),
  • usługę (np. dowóz posiłków, transport medyczny, wsparcie psychologiczne on-line),
  • swój czas jako wolontariusz.

Mógł od razu zadeklarować też obszar działania, ramy czasowe i warunki. Te informacje były ważne nie tylko logistycznie – budowały też przejrzystość i zaufanie.

Darczyńca nie działał już „w ciemno”. Zamiast dzwonić po przypadkowych szpitalach albo pytać w mediach społecznościowych, wchodził na jedną platformę, filtrował potrzeby po regionie lub rodzaju pomocy i widział, gdzie jego wsparcie będzie najbardziej sensowne.

Lokalni koordynatorzy – serce systemu

Trzeci moduł dotyczył osób, które stały się duszą tego projektu – lokalnych koordynatorów. To często byli społecznicy, radne, działaczki organizacji pozarządowych, nauczyciele, przedsiębiorcy, którzy „adoptowali” swój szpital czy dom pomocy społecznej i wzięli na siebie rolę łącznika między placówką, darczyńcami i mieszkańcami.

Koordynatorzy pilnowali, żeby lista potrzeb była aktualna, odpowiadali na pytania darczyńców, pomagali w formalnościach, czasem organizowali lokalne zbiórki albo łączyli kilku mniejszych darczyńców w jedno większe działanie. Platforma dawała im narzędzie, dzięki któremu ich praca – wykonywana przecież społecznie – stawała się mniej chaotyczna.

Jak to działało w praktyce?

Wyobraźmy sobie powiatowy szpital w średnim mieście. Dyrekcja wie, że zapasy rękawiczek i fartuchów topnieją szybciej niż przewidywano, a jednocześnie pracownicy nie są już w stanie odbierać dziesiątek telefonów dziennie od chętnych do pomocy.

Szpital wrzuca na platformę listę najpilniejszych potrzeb: „potrzebujemy 15 tysięcy fartuchów jednorazowych, 200 przyłbic, 200 tysięcy rękawiczek, środki dezynfekcyjne – w pierwszej kolejności”.

Koordynator lokalny dogaduje szczegóły z personelem, sprawdza, co udało się już zdobyć, a co trzeba pilnie uzupełnić.

Darczyńcy – firma z sąsiedniego miasta, lokalna drukarnia 3D, grupa wolontariuszy – logują się, widzą tę listę i „zaznaczają” pozycje, które mogą wziąć na siebie.

Platforma pomaga uniknąć powielania pomocy. Jeśli jedna firma deklaruje już dostawę 200 przyłbic, inni widzą, że ta pozycja jest praktycznie „pokryta” i szukają innego punktu, który nadal jest „otwarty”.

W praktyce oznaczało to, że rzeka darów, która mogła zalać kilka dużych szpitali, została rozprowadzona równomierniej – również do mniejszych placówek, które wcześniej przegrywały w wyścigu o uwagę mediów i darczyńców. W kwietniu 2020 roku w systemie było już ponad 200 zarejestrowanych szpitali z całej Polski – od wielkich klinik, po niewielkie powiatowe ośrodki.

Co odróżniało „Wsparcie dla Szpitala” od zwykłej zbiórki?

Systemowość

Nie była to jednorazowa akcja „zróbmy coś”, ale próba ułożenia trwałego mechanizmu współpracy między społeczeństwem a szpitalami. Twórcy od początku podkreślali, że platforma nie zastępuje tego, co musi zapewnić państwo: finansowania, zakupów centralnych, rezerw strategicznych. Jej zadaniem było uporządkowanie ogromnej, społecznej energii i skierowanie jej tam, gdzie naprawdę była potrzebna.

Przejrzystość

Szpital nie prosił już „o wszystko, co się da”, tylko jasno wskazywał, czego i w jakiej ilości brakuje. Darczyńca widział, komu i w czym pomaga. Lokalny koordynator mógł rozliczyć się przed mieszkańcami: „zebraliśmy tyle i tyle, to poszło na konkretne pozycje z listy szpitala”.

Skala i zasięg

Już pod koniec marca 2020 roku z aplikacji korzystało ponad sto szpitali, a kilka dni później – ponad dwieście placówek. Ta dynamika pokazuje, że narzędzie trafiło w moment: w czasie, gdy wszyscy uczyliśmy się nowych słów, szpitale uczyły się współpracować z otoczeniem w nowy, uporządkowany sposób.

Ludzie za ekranem

Choć „Wsparcie dla Szpitala” było przede wszystkim aplikacją, w jej centrum byli ludzie:

  • naukowcy i informatycy, którzy w kilka dni zebrali zespół, zaprojektowali system, wdrożyli go i stale poprawiali,
  • pracownicy szpitali, którzy znajdowali czas, by aktualizować listy potrzeb, choć równocześnie walczyli o życie pacjentów,
  • koordynatorzy lokalni, którzy brali na siebie coś, co momentami wyglądało jak drugi etat,
  • setki darczyńców – od wielkich firm po osoby, które mogły przekazać „tylko” kilkanaście obiadów czy kilka paczek rękawiczek.

Dla wielu szpitali platforma stała się czymś więcej niż tabelką z brakami. To był też symbol: „nie jesteście sami, ktoś was widzi, ktoś koordynuje pomoc, ktoś nad tym czuwa”. W sytuacji przeciążenia i lęku taki sygnał bywa równie ważny jak kolejna dostawa masek.

Czego uczy nas doświadczenie tej platformy?

Spontaniczne odruchy serca są bezcenne, ale jeśli nie mają gdzie „wylądować”, potrafią stać się ciężarem dla tych, którym miały pomóc. „Wsparcie dla Szpitala” pokazało, że kilka przemyślanych formularzy, prosty panel użytkownika i jasne reguły mogą sprawić, że empatia zamienia się w realnie użyteczną pomoc.

Nauka i technologia w kryzysie nie muszą być abstrakcją. Wirtualny Instytut Kryzysowy był przykładem tego, jak szybko środowisko naukowe może wyjść poza świat artykułów i konferencji, by zaproponować konkretne, praktyczne rozwiązanie. Tu nie było mowy o wieloletnich projektach badawczych – były dni, tygodnie i realna potrzeba.

Współpraca jest możliwa, jeśli istnieje wspólny język. Platforma nie zastąpiła ról systemowych, ale pomogła je połączyć: samorząd mógł zachęcać mieszkańców do rejestracji, przedsiębiorcy mieli jasny kanał pomocy, a szpital – bezpośredni kontakt z tymi, którzy chcieli go wesprzeć.

Co dalej?

Choć aplikacja „Wsparcie dla Szpitala” powstała jako odpowiedź na konkretny kryzys – pierwszą falę pandemii COVID-19 – doświadczenie, które za sobą zostawiła, wcale się nie zdezaktualizowało.

Kryzysy w ochronie zdrowia nie zniknęły: dziś mówimy o brakach kadrowych, kolejkach do specjalistów, starzejącym się społeczeństwie, problemach domów pomocy społecznej. Każda z tych sytuacji prędzej czy później wywołuje kolejną falę oddolnych inicjatyw. Pytanie, czy będziemy potrafili znowu nadać im strukturę, zanim chaos nas przerośnie.

Historia „Wsparcia dla Szpitala” pokazuje, że to możliwe. Potrzebni są ludzie, którzy widzą szerzej niż pojedyncza zbiórka – potrafią zaprojektować proces, zbudować narzędzie, połączyć ze sobą tych, którzy wcześniej działali obok siebie, a nie razem. Potrzebne jest też zaufanie: szpitali do społeczników i darczyńców, darczyńców do szpitali, wszystkich – do prostego rozwiązania, które stoi pośrodku.

Czy w przyszłości powstanie kolejna wersja takiej platformy, może bardziej rozbudowana, powiązana z systemami państwowymi, rozszerzona na inne obszary ochrony zdrowia? Nie wiemy. Ale wiemy jedno: gdy przyjdzie następny kryzys – bo przyjdzie – będziemy potrzebować nie tylko maseczek i respiratorów, ale także sprawnych, mądrych kanałów łączenia ludzi dobrej woli z tymi, którzy ratują nasze życie.

„Wsparcie dla Szpitala” było jednym z pierwszych dowodów na to, że potrafimy takie kanały budować – szybko, społecznie i z poczuciem odpowiedzialności. I warto o tym pamiętać, zanim znów zapomnimy, jak bardzo szpitale są zależne nie tylko od budżetu państwa, ale też od naszej wspólnej zdolności do organizowania się w trudnych czasach.

tm, zdjęcie z Pexels (autor: Los Muertos Crew)