Zbliżenie na ręce naukowców w rękawiczkach ochronnych, pracujących w laboratorium; jedna osoba używa pipety, druga przelewa ciemny płyn do naczynia z pomarańczowym roztworem, na stole widać probówki, próbki i odczynniki — symbol wysiłku badawczego podczas pandemii.

Polski drugi front pandemii – naukowcy w walce z COVID-19

Kiedy na szpitalnych oddziałach covidowych pielęgniarki walczyły o każdy oddech pacjentów, w innych częściach kraju ktoś wpatrywał się w niepozorne wykresy, próbki białek i linijki kodu genetycznego. Dla jednych polem bitwy była izba przyjęć, dla innych – laboratorium. I choć to medycy stali na pierwszej linii, bez cichego frontu naukowców ta walka wyglądałaby zupełnie inaczej.

Ten tekst jest właśnie o tym drugim froncie – o polskich zespołach badawczych, które w czasie pandemii próbowały zrobić coś więcej niż tylko „nadążyć za światem”. Chciały realnie dołożyć swoją cegiełkę do opanowania kryzysu.

Laboratoria, w których ściga się wirusa

Na początku pandemii w Polsce dominowało poczucie bezradności: rosnące statystyki zakażeń, niepewne informacje, brak szczepionki. W tym samym czasie w kilku ośrodkach naukowych praca szła na okrągło.

Z inicjatywy państwowej agencji zajmującej się badaniami medycznymi powstał konsorcjalny projekt, który miał jeden konkretny cel: przybliżyć nas do szczepionki przeciwko SARS-CoV-2 i skutecznego leczenia. Do współpracy zaproszono trzy duże polskie ośrodki: instytut biotechnologiczny (wraz z zespołem chemików z Politechniki Wrocławskiej), czołowy instytut onkologiczny z partnerami z PAN i uczelni medycznej oraz uniwersytet medyczny z Dolnego Śląska.

To nie były „luźne” projekty badawcze. Chodziło o przyspieszony wyścig z czasem:

  • zrozumieć, jak wirus wnika do komórek,
  • znaleźć jego najsłabsze punkty,
  • zaprojektować rozwiązania, które można realnie wdrożyć.

Enzym jako „przełącznik życia” wirusa

Zespół prof. Marcina Drąga z Wrocławia skoncentrował się na tym, co w takim wirusie jest absolutnie kluczowe – na enzymach, bez których patogen nie jest w stanie się namnażać. Udało im się zidentyfikować jeden z takich „przełączników życia” wirusa. Jeżeli go zablokować, rozmnażanie się patogenu zostaje zatrzymane. To nie jest jeszcze lek, ale bardzo solidny fundament pod jego stworzenie.

Równolegle w Warszawie budowano koncepcję szczepionki opartej na RNA – technologii, która kilka miesięcy później stała się podstawą globalnych programów szczepień. Biochemicy z uniwersytetu i uczelni medycznej pracowali nad zmodyfikowanym RNA, które jest stabilne i dobrze „czytane” przez komórki, tak aby organizm nauczył się rozpoznawać i neutralizować koronawirusa.

Superkomputery w służbie medycyny

Inny polski zespół włączył się do europejskiego projektu Exscalate4CoV, finansowanego z programu Horyzont 2020. Tam gra toczyła się przede wszystkim na superkomputerach – badano miliony związków chemicznych, szukając tych, które najlepiej „pasują” do elementów wirusa i mogą go unieszkodliwić.

To wszystko działo się wtedy, gdy większość z nas uczyła się dopiero, jak prawidłowo zdejmować maseczkę.

Naukowcy jako „mózg operacji”

Pandemia szybko pokazała, że sama opieka medyczna nie wystarczy – potrzebne są decyzje na poziomie państwa: o ograniczeniach, testowaniu, strategii szczepień. I tu również sięgnięto po naukę.

Minister odpowiedzialny za szkolnictwo wyższe powołał specjalny zespół doradczy do spraw działań związanych z COVID-19. W skład weszli doświadczeni badacze, na czele z wybitnym biochemikiem, wieloletnim szefem fundacji wspierającej polską naukę. Ich zadanie było niewdzięczne: tłumaczyć politykom, co wynika z danych, badań, modeli – i czego absolutnie nie da się „przegłosować”.

Z jednej strony mieli na stole modele epidemiologiczne, analizy ryzyka, wiedzę o tym, jak rozprzestrzeniały się wcześniejsze koronawirusy. Z drugiej – presję społeczną, gospodarkę, zmęczenie lockdownami. W idealnym świecie to nauka dyktuje zasady gry. W realnym – jest jednym z wielu głosów. Ale już samo istnienie takiego gremium było ważnym sygnałem: decyzje nie mogą opierać się wyłącznie na intuicji czy sondażach.

Można mieć pretensje do władz o różne elementy strategii pandemicznej, ale trudno zaprzeczyć jednemu: nigdy wcześniej naukowcy nie byli tak regularnie zapraszani do stołu, przy którym zapadają polityczne decyzje.

Nie tylko probówki. Psychika, genetyka, informatyka

Obraz „naukowca w pandemii” to nie tylko ktoś w białym kitlu, który patrzy w mikroskop. Walka toczyła się też w obszarach mniej spektakularnych medialnie, ale kluczowych dla systemu ochrony zdrowia.

Wsparcie dla personelu medycznego

Jednym z takich pól była kondycja psychiczna personelu medycznego. Neuropsycholog związany z warszawską uczelnią medyczną współtworzył inicjatywę, która oferowała zdalne wsparcie psychologiczne lekarzom, pielęgniarkom i ratownikom. Telefon, Skype, komunikator – forma była drugorzędna. Chodziło o to, by ludzie wracający z wielogodzinnych dyżurów, często po śmierci kilku pacjentów jednego dnia, nie zostawali z tym wszystkim sami.

Diagnostyka na nowych torach

Z kolei spółka biotechnologiczna wyrosła na gruncie warszawskiej uczelni medycznej otworzyła swoje laboratoria dla diagnostyki COVID-19. Dzięki zaawansowanym urządzeniom do analizy genomu była w stanie badać setki, a docelowo nawet około tysiąca próbek dziennie, odciążając państwowe laboratoria i skracając czas oczekiwania na wynik.

Platforma pomocy dla szpitali

Wreszcie – informatycy i ekonomiści. Na jednym z uniwersytetów ekonomicznych powstał wirtualny instytut kryzysowy, a wraz z nim platforma, która pozwalała kojarzyć potrzeby szpitali z potencjalnymi darczyńcami. Zamiast chaotycznych postów w mediach społecznościowych – uporządkowana baza:

  • który szpital potrzebuje środków ochrony,
  • gdzie brakuje konkretnych sprzętów,
  • kto może to sfinansować lub dostarczyć.

To był kawałek bardzo praktycznej nauki o zarządzaniu kryzysem: zrozumieć przepływy, zminimalizować marnotrawstwo, sprawić, by to, co leży w magazynie jednej firmy, jak najszybciej trafiło na deficytowy oddział intensywnej terapii.

Agencje, granty, powroty – system w ruchu

Za tym wszystkim stał jeszcze jeden wymiar, mniej widoczny z perspektywy pacjenta czy pielęgniarki: system finansowania nauki.

W czasie pandemii państwowe agencje zajmujące się badaniami i wymianą akademicką zaczęły przesuwać środki w stronę projektów związanych z COVID-19. Uruchomiono m.in.:

  • specjalną edycję programu pozwalającego wrócić do Polski naukowcom z zagranicy, jeśli ich badania mogą pomóc w walce z pandemią,
  • granty interwencyjne na pilne projekty badawcze – od medycyny po edukację i skutki społeczne,
  • wsparcie dla zespołów, które musiały dłużej pozostać za granicą z powodu zamknięcia granic i odwołania lotów.

Brzmi technicznie, ale w praktyce oznaczało to jedno: próbowano wykorzystać każdą kompetencję, każdego naukowca, który mógł cokolwiek dorzucić do wspólnego wysiłku. Także tych, którzy latami budowali karierę w najlepszych laboratoriach świata.

Z perspektywy szpitalnej codzienności może się to wydawać odległe. Bo co obchodzi lekarza na SOR-ze jakiś program powrotów czy grant w Horyzoncie 2020? Problem w tym, że bez takich instrumentów wielu z opisanych wyżej projektów po prostu by nie było – albo byłyby realizowane znacznie wolniej.

Czego nas nauczył ten „drugi front”?

Czy polska nauka „wygrała z pandemią”? Oczywiście, że nie – żadna nauka sama z siebie nie wygrywa z takim kryzysem. Ale kilka rzeczy stało się bardzo wyraźnych.

Badania podstawowe jako kapitał startowy

Po pierwsze, że badania podstawowe to nie fanaberia. Gdy zespół chemików z Wrocławia zaczął lata temu interesować się określonymi klasami enzymów, nikt nie przewidywał, że będą kluczowe w projektowaniu leków na nowego koronawirusa. A jednak to właśnie tamte „niepraktyczne” badania okazały się bezcennym kapitałem startowym.

Szerszy wymiar nauki w zdrowiu publicznym

Po drugie, że nauka w zdrowiu publicznym to nie tylko szczepionki i leki. Bez psychologów wspierających personel, bez analityków pomagających zrozumieć, co dzieje się w szkołach po przerzuceniu całej edukacji do internetu, bez informatyków tworzących narzędzia do koordynacji pomocy – system ochrony zdrowia działałby jak pacjent z ciężką niewydolnością wielonarządową.

Trwałe mosty między nauką a praktyką

Po trzecie wreszcie, że potrzebujemy trwałych mostów między laboratorium a szpitalem. Nie tylko na czas „stanu wyjątkowego”. Pandemia kiedyś się skończyła, ale wyzwań nie brakuje: starzejące się społeczeństwo, kryzys zdrowia psychicznego, antybiotykooporność, kolejne choroby zakaźne, zmiany klimatu wpływające na zdrowie. Każde z tych pól wymaga współpracy:

  • badaczy,
  • klinicystów,
  • ludzi od systemów i zarządzania,
  • organizacji społecznych, które potrafią przekuć wiedzę w działanie.

Platformy takie jak wsparciedlaszpitala.pl są dobrym przykładem, że to jest możliwe – że uczelnia, specjaliści od danych i praktycy systemu mogą razem budować narzędzia, które realnie pomagają szpitalom, a nie są tylko ładnym slajdem w prezentacji.

Fundament na kolejne kryzysy

Kiedy następnym razem będziemy słuchać dyskusji o „kosztach nauki” albo czy warto finansować badania, które „nie wiadomo, do czego się przydadzą”, warto przypomnieć sobie ten cichy drugi front pandemii. Bo gdy system zdrowia znalazł się na granicy wydolności, to właśnie naukowcy – razem z personelem medycznym i oddolnymi inicjatywami społecznymi – podtrzymywali go przy życiu.

A my, jako społeczeństwo, wciąż decydujemy, czy traktujemy to jako jednorazowy zryw, czy jako trwały fundament ochrony zdrowia na kolejne kryzysy, które – prędzej czy później – znów przyjdą.

tm, zdjęcie z Pexels (autor: Polina Tankilevitch)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *