Na początku pachniało przede wszystkim chlorem. I strachem. W powiatowym szpitalu, gdzie dotąd najgłośniejsze były głosy z rehabilitacji i brzęk metalowych łóżek, nagle najważniejsza stała się linia oddzielająca „czyste” od „brudnego”. Drzwi, które wcześniej po prostu skrzypiały, teraz były granicą między światem z wirusem i światem, który jeszcze próbował udawać normalność.
To była codzienność wielu lokalnych szpitali w regionie – od Obornik po większe ośrodki w Poznaniu. Część z nich z dnia na dzień stała się placówkami jednoimiennymi, przeznaczonymi wyłącznie do leczenia pacjentów z COVID-19, jak miejski szpital zakaźny w stolicy Wielkopolski. Inne – jak szpitale powiatowe – musiały pogodzić dwa światy: codzienną internę, chirurgię, porodówkę i nagle dochodzącą, wciąż zmieniającą się rzeczywistość pandemiczną.
Szpitale na pierwszej linii, ale nie na pierwszych stronach
Wielkie media najczęściej pokazywały duże ośrodki kliniczne i spektakularne decyzje o przekształceniu całych szpitali w „covidowe”. Tymczasem lokalne placówki w regionie stały się spokojnymi, ale kluczowymi punktami systemu bezpieczeństwa zdrowotnego.
Powiatowy szpital musi być „od wszystkiego”: od udaru i zawału, od porodu w nocy, od powypadkowego zespolenia kości. To się nie zatrzymało tylko dlatego, że pojawił się nowy wirus. Do tego doszło:
- wydzielanie osobnych dróg dla pacjentów z podejrzeniem zakażenia,
- improwizowane izolatki w miejscach, które dotąd służyły za magazyny,
- szybkie szkolenia załogi z zakładania i zdejmowania kombinezonów,
- reorganizacja dyżurów, bo „kwarantanna oddziału” z dnia na dzień przestała być abstrakcją.
Kiedy część pacjentów z COVID-19 trafiała do wyspecjalizowanych placówek, lokalne szpitale przejmowały tych „wszystkich innych” – z zaostrzeniami chorób przewlekłych po miesiącach strachu przed wizytą u lekarza, z nowotworami wykrytymi za późno, z powikłaniami po domowym „leczeniu się samo”.
Pandemia była dla nich podwójnym testem: jak leczyć w nowych warunkach i jak nie przestać leczyć reszty.
Bez wsparcia z zewnątrz by nie poszło
Sprzęt, który jeszcze w lutym 2020 był „mile widzianym uzupełnieniem”, w marcu stał się sprawą życia i śmierci. Respiratory, koncentratory tlenu, pompy infuzyjne, kardiomonitory – tego nigdy nie ma za dużo, ale wtedy okazało się, że jest po prostu za mało.
Samorządy w regionie zaczęły przerzucać środki z innych inwestycji na szpitale. Gminy przekazywały dziesiątki tysięcy złotych na zakup respiratorów, sprzętu monitorującego i środków ochrony osobistej. Zdarzało się, że zrezygnowano z planowanych projektów – jak system roweru miejskiego – bo ważniejsze stało się wsparcie dla szpitala zakaźnego, z którego usług korzystali mieszkańcy okolicznych miejscowości.
Powiaty organizowały wspólne zakupy, korzystały z rządowych i wojewódzkich funduszy przeciwdziałania COVID-19, a w kolejnych latach – z tych samych pieniędzy modernizowały infrastrukturę szpitali, wymieniały instalacje tlenowe i dostosowywały budynki do bardziej wymagających standardów epidemiologicznych.
Lokalna solidarność w działaniu
Równolegle zadziałała lokalna solidarność. Firmy z okolicy fundowały drobny sprzęt AGD do szpitalnych pokoików socjalnych – wydaje się to detalem, ale możliwość zrobienia szybkiej kawy między jednym a drugim dyżurem bywała jedynym „luksusem”, na jaki mógł liczyć personel.
Mieszkańcy organizowali zbiórki maseczek, rękawiczek, płynów do dezynfekcji; koła gospodyń, szkoły i strażacy szyli i rozwozili środki ochrony osobistej. Dla wielu osób to był pierwszy tak bliski kontakt z myślą, że „nasz szpital” to nie jest abstrakcyjna instytucja, tylko konkretne miejsce, które albo utrzyma się na nogach, albo naprawdę zacznie brakować łóżek.
Personel: ludzie między systemem a emocjami
O szpitalach można opowiadać infrastrukturą, kwotami i liczbą łóżek, ale pandemia brutalnie przypomniała, że bez ludzi to tylko mury.
Lekarki, pielęgniarze, ratowniczki, salowe – często z powiatowych miast, mieszkający kilka ulic dalej – z dnia na dzień stali się „bohaterami”, ale za tym słowem szły bardzo konkretne koszty:
- tygodnie spędzone z dala od rodziny z obawy przed zarażeniem bliskich,
- życia poukładane wokół grafiku dyżurów, a nie wokół kalendarza,
- długie miesiące pracy w permanentnym niedoborze personelu, bo ktoś jest na kwarantannie, ktoś w izolacji, ktoś po prostu nie wytrzymał i zrezygnował.
W lokalnych szpitalach nie było „zapasowej kadry”, którą można by nagle ściągnąć z innego miasta. Jeśli ktoś znikał, reszta brała kolejne dyżury.
Wielu medyków przyznaje dziś, że najbardziej bolała nie tyle praca w kombinezonie, co poczucie, że system wisi na ich prywatnym przemęczeniu. A jednocześnie – że nie mają wyboru. Bo jeśli nie oni, to kto?
Pacjenci w zawieszeniu
Dla pacjentów powiatowy szpital zawsze był czymś pomiędzy „przychodnią za rogiem” a „wielkim szpitalem w mieście wojewódzkim”. Pandemia ten obraz rozmyła.
Część osób bała się przychodzić – w obawie przed zakażeniem. Inni nie mieli wyjścia. Lokalni lekarze wspominają pacjentów, którzy zgłaszali się do szpitala z udarami czy zawałami „od kilku dni”, bo wcześniej próbowali przeczekać, zadzwonić na teleporadę, poszukać pomocy gdzieś indziej.
Szpitale w regionie musiały więc nauczyć się leczyć w systemie „ciągłego kryzysu”: z mniejszą liczbą planowych zabiegów, z częstym zawieszaniem oddziałów („do odwołania”), z reorganizacją całych pionów tylko po to, by uruchomić kolejny oddział covidowy.
Z perspektywy pacjentów powiatowych to oznaczało jedno: więcej niepewności. Czy przyjmą? Czy oddział znów nie jest zamknięty? Czy lekarz rodziny jeszcze tam pracuje?
Co zostało po pandemii w murach lokalnych szpitali?
Pandemia nie trwa wiecznie, ale jej ślad w lokalnych szpitalach nie kończy się wraz z komunikatem o „zniesieniu stanu zagrożenia epidemicznego”.
Po niej zostało kilka bardzo namacalnych rzeczy:
- nowa infrastruktura – od modernizacji instalacji tlenowych, przez dodatkowy sprzęt, po przebudowane budynki finansowane z funduszy covidowych;
- procedury – triage przy wejściu, lepsze zarządzanie ruchem pacjentów, większa świadomość epidemiologiczna;
- telemedycyna – wcześniej traktowana trochę jak ciekawostka, teraz stała się realnym uzupełnieniem opieki, zwłaszcza dla pacjentów z małych miejscowości;
- duża, zbiorowa pamięć – zarówno po stronie personelu, jak i mieszkańców, że lokalny szpital to element bezpieczeństwa na równi z policją czy strażą pożarną.
Zostało też coś mniej mierzalnego: zmęczenie materiału ludzkiego. Wypalenie zawodowe wśród medyków nie pojawiło się w pandemii, ale kryzys zdrowotny je przyspieszył. I jeśli dziś mówimy o „radzeniu sobie” szpitali z pandemią, to trzeba uczciwie dodać: w dużej mierze udało się to kosztem ludzi, którzy byli gotowi naciągać własne granice do bólu.
Lekcja z regionu
Historia lokalnych szpitali w pandemii to nie jest opowieść o cudownym zarządzaniu kryzysowym, gdzie wszystko zadziałało jak w podręczniku. To raczej historia o łatach, improwizacji i wspólnocie – zbudowanej trochę z konieczności.
Samorządy, firmy, mieszkańcy i personel medyczny stworzyli coś w rodzaju awaryjnej konstrukcji, która utrzymała system w pionie. Czasem na styk, czasem za cenę czyjegoś zdrowia psychicznego, ale jednak.
Dziś, kiedy przechodzimy obok cichego szpitalnego budynku, łatwo o tym zapomnieć. A szkoda. Bo jeśli coś naprawdę pomoże lokalnym szpitalom w przyszłych kryzysach – czy to będzie kolejna fala zakażeń, czy zupełnie inne zagrożenie – to nie tylko nowy sprzęt, ale pamięć, że potrafimy działać razem: gmina, powiat, szpital i ludzie, którzy na co dzień mijają się w tym samym sklepie i na tej samej ulicy.
Pandemia pokazała, że „radzenie sobie” nie jest stanem, który raz się osiąga. To proces, który trwa – długo po tym, jak znikną konferencje prasowe i statystyki zachorowań. Lokalnym szpitalom w regionie ten proces wciąż towarzyszy. I od nas zależy, czy zostawimy je z tym same.
tm, zdjęcie z Pexels (autor: Pixabay)