Trzy wolontariuszki siedzące na tylnej klapie furgonetki z darami, na tle pudeł z napisem „Medicine” i „Aid”, zaangażowane w pomoc humanitarną.

Trzy adresy, jeden apel: zaopiekuj się naszym domem

Ktoś szuka w Google numeru telefonu do domu pomocy. Ktoś inny sprawdza, jakie są warunki przyjęcia, czy są jeszcze wolne miejsca. Wchodzi na stronę. Zamiast sielankowego zdjęcia ogrodu i informacji o terapii zajęciowej w oczy wbija się inne zdanie: „Szukamy osoby, która podjęłaby się roli lokalnego koordynatora zbiórek”.

To zdanie pojawiało się w 2020 roku w różnych zakątkach Polski – w Bobrku pod Oświęcimiem, w Lęborku na Pomorzu, w Rudzie Różanieckiej na Podkarpaciu. Trzy zupełnie różne krajobrazy, inne dialekty, inne historie miejsc. A jednak ten sam, prosty apel: zaopiekuj się naszym domem.

Pandemia sprawiła, że domy pomocy społecznej nagle stały się – obok szpitali – najbardziej niebezpiecznym miejscem na mapie. Tyle że o szpitalach mówiło się w głównych wydaniach wiadomości, a o DPS-ach – głównie w dramatycznych migawkach, gdy liczono ogniska zakażeń i kolejne zgony. Codzienność, w której trzeba było jakoś utrzymać ten dom w ruchu, toczyła się po cichu. W cieniu.

I właśnie w tym cieniu pojawiły się ogłoszenia o „lokalnym koordynatorze zbiórek”.

Domu nie da się zamknąć na głucho

Szpital można „przestawić” na tryb covidowy, ograniczyć przyjęcia planowe, wstrzymać odwiedziny. Domu się tak łatwo nie wyłącza. Dla kilkudziesięciu, czasem ponad stu mieszkańców to jedyne miejsce na ziemi. Tu mają swoje zdjęcia na szafce, swoje kubki do herbaty, swoje małe codzienne rytuały.

Gdy na początku 2020 roku realia pandemii zaczęły docierać do Polski, w DPS-ach błyskawicznie zrozumiano, że choroba, która dla wielu czterdziestolatków oznaczała „utracony smak i węch na dwa tygodnie”, dla ich mieszkańców może oznaczać śmiertelne zagrożenie. Seniorzy, osoby przewlekle chore, z niepełnosprawnościami – to właśnie oni byli w statystykach „grupą ryzyka”. W praktyce: ludźmi, których trzeba było ochronić za wszelką cenę.

Cena okazała się wysoka: tygodnie odcięcia od rodzin, personel śpiący na materacach w pokojach socjalnych, próby zorganizowania maseczek, przyłbic, płynów do dezynfekcji, rękawiczek tam, gdzie magazyny świeciły pustkami. Państwowy system w tym pierwszym, chaotycznym okresie nie nadążał. Zresztą – nie chodzi tylko o pandemię: DPS-y od lat działają na styku zbyt dużych potrzeb i zbyt skromnych zasobów. Koronawirus po prostu bezlitośnie to obnażył.

Dlatego w pewnym momencie ktoś w Bobrku, ktoś w Lęborku i ktoś w Rudzie Różanieckiej usiadł do komputera i kliknął „opublikuj” przy ogłoszeniu o poszukiwaniu lokalnego koordynatora.

Bobrek: dom na końcu ulicy, który szuka łącznika

Bobrek to nie jest wielki ośrodek. Raczej miejsce, które mija się „po drodze”: między większymi miastami, między codziennymi sprawami. A jednak to właśnie tam kilka lat temu na stronie domu pomocy pojawiła się informacja, że placówka dołącza do ogólnopolskiego systemu, w którym można sprawdzić aktualne potrzeby i zadeklarować pomoc. W tym samym komunikacie pada prośba o osobę, która zgodzi się zostać „łącznikiem między darczyńcami a domem”.

Brzmi niepozornie. W praktyce koordynator lokalny to ktoś, kto:

  • Sprawdza na bieżąco, czego brakuje – raz są to środki ochrony osobistej, innym razem środki czystości czy żywność długoterminowa.
  • Rozmawia z firmami, sąsiadami, lokalnymi stowarzyszeniami – „czy dorzucicie karton rękawiczek?”.
  • Organizuje transport, magazynowanie, przekazywanie darów, tak by nie wprowadzać chaosu do i tak przeciążonej codzienności domu.

To rola, której nie widać na zdjęciach z „uroczystego przekazania darów”. Tam najczęściej zobaczymy dyrektora, przedstawiciela firmy, może wójta czy burmistrza. A w tle – czyjś prywatny samochód wielokrotnie kursujący między hurtownią, magazynem a domem, czyjś telefon, na którym od rana do nocy dzwoni „jeszcze jedno pytanie”.

W Bobrku prośba o taką osobę została sformułowana bardzo prosto: „jeśli ktoś chce się zaopiekować naszą placówką…”. Nie chodziło o jednorazową wpłatę. Chodziło o wzięcie odpowiedzialności.

Lębork: apel między newsami o nowych zakażeniach

W Lęborku ogłoszenie o poszukiwaniu koordynatora pojawiło się na lokalnym portalu informacyjnym, wśród wiadomości o kolejnych przypadkach koronawirusa w powiecie, o zamkniętych szkołach, o ograniczeniach w urzędach. W tekście czytamy, że dom pomocy – tak jak Bobrek – dołączył do ogólnopolskiego systemu przygotowanego przez naukowców i programistów, który pozwala przejrzyście pokazać potrzeby placówki i ułatwić darczyńcom działanie.

I znów: pojawia się ta sama prośba o osobę, która będzie łącznikiem. O człowieka z krwi i kości pomiędzy światem internetu, gdzie ktoś klika „chcę pomóc”, a rzeczywistością korytarza, wózków, pokoi, dyżurek.

Można sobie wyobrazić, że ktoś z Lęborka albo okolic czyta ten tekst wieczorem na telefonie. Przewija dalej – informacje o statystykach, o nowym moście, o lokalnych wydarzeniach – ale ten fragment o „zaopiekowaniu się placówką” zostaje w głowie. Rano dzwoni, wypełnia formularz.

Od tego jednego kliknięcia zaczyna się kilka miesięcy codziennej logistyki: ustalanie, czy bardziej potrzebne są przyłbice, czy może już zwykłe maseczki, czy dom przyjmie świeże pieczywo od piekarni, czy lepiej postawić na produkty paczkowane, jak zabezpieczyć przekazywanie darów, by nie stworzyć dodatkowego ryzyka.

Ruda Różaniecka: dom w lesie, który też potrzebuje świata

Ruda Różaniecka to Podkarpacie, lasy, tereny, które w folderach turystycznych kojarzymy z ciszą, spokojem, często z wypoczynkiem. W jednej z miejscowości – dom pomocy, a na jego stronie zakładka poświęcona tej samej ogólnopolskiej inicjatywie. W dokumentach i informacjach o zamówieniach przewijają się dostawy żywności, mięsa, konserw, produktów zbożowych – wszystko to, bez czego nie da się prowadzić domu, gdy sklepy ograniczają godziny, a mieszkańcy nie mogą wyjść nawet „tylko po chleb”.

Tu pomoc z zewnątrz ma nieco inny charakter – nie tylko środki ochrony, ale też zapewnienie ciągłości tak prozaicznych, a zarazem fundamentalnych dostaw. W tle są samorządy, formalne przetargi, ale równolegle – osoby, które pytają: „co jeszcze możemy zrobić?”, „czy trzeba coś dowieźć prywatnie, jeśli dostawy się spóźnią?”.

Dom w lesie nie jest wcale bliżej bezpieczeństwa. W pandemii oddalenie od dużych miast oznaczało często większą logistyczną łamigłówkę. Stąd – jak w Bobrku i Lęborku – potrzeba ludzi, którzy wezmą na siebie bycie tłumaczem między światem instytucji, platformą internetową, darczyńcami a konkretnym pokojem z numerem na drzwiach.

Kim właściwie jest lokalny koordynator?

Na poziomie formalnym to „osoba, która w systemie jest łącznikiem między darczyńcami a placówką, organizuje lokalne zbiórki, zbiera produkty i przekazuje je w imieniu darczyńców”. Tak opisują ją same domy pomocy, gdy zachęcają do zgłoszenia.

Na poziomie codzienności to najczęściej:

  • Ktoś z okolicy, kto zna drogę do domu lepiej niż nawigacja.
  • Ktoś, kto ma już swoje życie, pracę, rodzinę, ale znajduje czas na telefony, listy, posty w mediach społecznościowych.
  • Ktoś, kto potrafi powiedzieć „nie, tego już mamy dość, prosimy o coś innego”, bo rozumie, że mądre pomaganie to nie zalewanie domu przypadkowymi darami.

Pandemia pokazała, że bez takich osób nawet najlepiej zaprojektowana platforma internetowa pozostanie tylko narzędziem. Ktoś musi kliknąć, zadzwonić, pojechać. Ktoś musi zbudować zaufanie – po jednej stronie ekranu i po drugiej.

Co mówi o nas ten apel: „zaopiekuj się naszym domem”?

Trzy adresy można by uznać za przypadek. W końcu co to za historia – trzy ogłoszenia na stronach trzech DPS-ów. Ale jeśli się zatrzymać, to w tym prostym apelu kryje się ważna diagnoza systemu.

Po pierwsze: DPS-y długo były „niewidzialną” częścią ochrony zdrowia i opieki społecznej. Opiekunowie, pielęgniarki, terapeuci zajęciowi wykonywali pracę równie ciężką i obciążającą emocjonalnie jak ci w szpitalach, ale bez kamer, bez społecznego „dziękujemy medykom” w pierwszych tygodniach pandemii. Apel o koordynatora to trochę wołanie: „zauważcie, że my też tu jesteśmy”.

Po drugie: państwowy system nie jest samowystarczalny. Skoro dom pomocy w ogóle musi prosić o lokalnego koordynatora zbiórek, to znaczy, że przewiduje sytuacje, w których zabraknie czegoś podstawowego – czy to sprzętu, czy zwykłych produktów codziennego użytku. Fakt, że w odpowiedzi na te ogłoszenia ktoś się zgłosił, świadczy dobrze o społecznościach. Ale fakt, że ogłoszenia musiały się pojawić, to już pytanie do decydentów.

Po trzecie: solidarność potrzebuje infrastruktury. Sam odruch „chcę pomóc” nie wystarczy. Potrzebny jest system, w którym placówka może przejrzyście pokazać swoje potrzeby, a darczyńca – bez błądzenia – sprawdzić, co i jak przekazać. Potrzebni są ludzie, którzy tę infrastrukturę stworzą, często poza logiką wielkich programów rządowych – naukowcy, programiści, społecznicy. I tacy, którzy ją „obsłużą” lokalnie.

Co zostaje po pandemii?

Formalnie – większość obostrzeń dawno zniknęła, maseczki rzadko widać na ulicach, liczników zakażeń nikt już codziennie nie śledzi. Ale te trzy ogłoszenia – z Bobrka, Lęborka, Rudy Różanieckiej – nie są jedynie internetowym śladem po trudnym czasie.

Są przypomnieniem, że:

  • Domy pomocy nie powinny wracać do bycia „niewidzialnymi” instytucjami na końcu ulicy.
  • Lokalny koordynator to nie tylko funkcja „na czas kryzysu”, ale model budowania więzi między placówką a społecznością.
  • Solidarność to nie jednorazowa zrzutka, tylko relacja – zaufanie, ciągła obecność, gotowość do reagowania, gdy znów „zabraknie podstawowych rzeczy”.

Można by marzyć, że kiedyś ogłoszenia o lokalnych koordynatorach nie będą potrzebne, bo system będzie działał tak sprawnie, że żadnemu domowi nie zabraknie rękawiczek, środków czystości, dobrego jedzenia czy odpowiedniej liczby rąk do pracy. Zanim to jednak nastąpi, warto pamiętać, że gdzieś w Polsce znów może pojawić się taki prosty komunikat: „Szukamy osoby, która zaopiekuje się naszym domem”.

I że to zdanie nie jest tylko technicznym ogłoszeniem. To zaproszenie do wspólnej odpowiedzialności – za ludzi, których łatwo zepchnąć na margines, i za miejsca, które nazywamy „domami”, choć formalnie noszą nazwę: Dom Pomocy Społecznej.

tm, zdjęcie z Pexels (autor: RDNE Stock project)