Dwie osoby w maseczkach i rękawiczkach trzymające globus z napisem „Pandemic”, symbolizujące działanie obywatelskiej platformy „Wsparcie dla Szpitala” podczas pierwszej fali pandemii.

Wsparcie dla Szpitala – jak obywatelska platforma pomogła przetrwać pierwszą falę pandemii

Najpierw był strach. Ten najprostszy, fizyczny: czy starczy maseczek do końca dyżuru, czy kolejna pielęgniarka nie zarazi się, bo fartuch ochronny ma już trzeci dzień, czy lekarz z oddziału zakaźnego zdąży zdobyć rękawice, zanim przywiozą następnego pacjenta z dodatnim wynikiem. Wiosną 2020 roku w wielu polskich szpitalach zamiast pytania „jak leczyć?” coraz częściej padało pytanie „w czym w ogóle mamy leczyć?”.

W tym samym czasie w innej części kraju ktoś odbierał telefon: znajomy przedsiębiorca ma partię przyłbic, nie wie komu to oddać, szuka szpitala „który naprawdę potrzebuje, a nie ma”. Godzinę później te przyłbice były już w drodze do konkretnych placówek – bo między „mam” a „potrzebuję” pojawiło się coś jeszcze: program Wsparcie dla Szpitala. Niby tylko strona internetowa, kilka formularzy, baza danych. A w praktyce – krwiobieg pomiędzy tysiącami ludzi, którzy chcieli pomóc, a tymi, którzy nie mieli już na czym pracować.

Początki – od akademickiej analizy do realnego działania

Historia tego programu zaczyna się nie w gabinecie ministra, ale w środowisku akademickim. Grupa naukowców związanych z poznańskim uniwersytetem ekonomicznym, przyzwyczajona do pisania analiz i raportów, nagle widzi, że Excel nie zatrzyma wirusa. Pada bardzo proste pytanie: kto z nas ma kompetencje, by zrobić coś konkretnego – tu i teraz? Zgłaszają się ekonomiści, informatycy, prawnicy, specjaliści od zarządzania kryzysowego. Tak powstaje Wirtualny Instytut Kryzysowy – sieć kilkudziesięciu ekspertów z różnych uczelni, gotowych pracować za darmo nad realnymi problemami samorządów i szpitali.

Najpierw pomagają w „papierologii”. W kilka godzin opracowują procedury dla osób, które potrzebują leków na receptę, ale siedzą na kwarantannie. Wyjaśniają przepisy, układają ścieżki postępowania tak, by lekarz, farmaceuta i pacjent nie gubili się w gąszczu przepisów. Szybko jednak okazuje się, że obok problemów prawnych jest coś jeszcze pilniejszego: logistyka pomocy. Cały kraj chce pomagać, ale chaos grozi tym, że jeden szpital dostanie trzy ciężarówki wody, a drugi nie dostanie ani jednej maseczki.

Budowa platformy – technologia w służbie ludzi

Stąd rodzi się pomysł: zbudujmy wspólną tablicę, na której szpitale zapiszą, czego dokładnie im brakuje, a ludzie i firmy zobaczą to w jednym miejscu. Prosto, przejrzyście, bez pośredników, bez polityki. Do zespołu dołączają informatycy z prywatnej firmy technologicznej, fundacja otwiera parasol organizacyjny, globalny dostawca oprogramowania udostępnia za darmo infrastrukturę wartą miliony. Przez dwa tygodnie kilkadziesiąt osób praktycznie mieszka przy komputerach. I powstaje ona – platforma, którą wielu medyków będzie pamiętać jako pierwsze miejsce, gdzie ktoś zapytał ich wprost: „czego wam potrzeba?”.

Jak działa platforma

Mechanizm jest z pozoru banalny. Szpital zakłada konto, wpisuje swoją listę potrzeb: ilu kompletów odzieży ochronnej brakuje, ile litrów płynu do dezynfekcji, czy potrzebne są posiłki dla personelu lub pacjentów, czy przyda się pomoc wolontariuszy. Ktoś po drugiej stronie ekranu – osoba prywatna, przedsiębiorca, organizacja – wchodzi na stronę, filtruje placówki po regionie, przegląda listę potrzeb i deklaruje, co może zapewnić. Pomiędzy nimi stoi trzeci bohater: lokalny koordynator.

Koordynatorzy – ludzka twarz programu

To właśnie koordynatorzy nadali programowi Wsparcie dla Szpitala ludzką twarz. Formalnie ich rola wydaje się techniczna: dzwonić, sprawdzać, czy dany szpital nadal potrzebuje konkretnych rzeczy, pilnować, by pomoc dotarła tam, gdzie powinna. W praktyce stają się łącznikami między światem medyków a światem darczyńców. Dla wielu to drugi etat: po pracy zawodowej siadają do telefonów, przeszukują media społecznościowe, organizują zbiórki, licytacje, akcje szycia maseczek. Ich prywatne listy kontaktów puchną z kilkudziesięciu do kilkuset osób. Niektórzy żartują, że pandemia zrobiła z nich lokalnych menedżerów logistyki.

Skala działania – od szpitali do domów pomocy społecznej

Skala, z jaką program wyrasta w pierwszych tygodniach, zaskakuje nawet twórców. W krótkim czasie dołączają do niego setki szpitali z całej Polski. Od dużych klinik w miastach wojewódzkich, po niewielkie powiatowe placówki, które do tej pory rzadko trafiały na czołówki portali. Dla jednych najważniejsze są kombinezony, dla innych przyłbice, gdzie indziej dramatycznie brakuje zwykłych rękawiczek czy wody butelkowanej. Platforma pozwala zobaczyć to wszystko jak na mapie – pokazuje, że kryzys nie jest abstrakcją, lecz sumą bardzo konkretnych braków.

W pewnym momencie jednak na tej mapie pojawia się nowy, ciemny obszar: domy pomocy społecznej. Kolejne wiadomości o ogniskach zakażeń w tych placówkach, dramatycznych brakach sprzętu, pracownikach zamkniętych z podopiecznymi na wiele dni, bo nie ma komu ich zmienić. Twórcy programu podejmują decyzję: rozszerzamy działanie. Od teraz na liście placówek są nie tylko szpitale, ale też DPS-y. W ciągu kilku dni zapisuje się ich kilkadziesiąt, potem ponad setka, aż baza liczy już grubo ponad sto siedemdziesiąt takich miejsc – rozsianych po całym kraju, często w małych miejscowościach.

Znaczenie małej pomocy

Paradoksalnie, to w DPS-ach najlepiej widać, jak „mała” pomoc może mieć wielki efekt. Tam nie potrzeba tysiąca kombinezonów – różnicę robi kilkadziesiąt sztuk, parę litrów płynu dezynfekcyjnego, sto maseczek. Dla szpitala klinicznego to kropla w morzu. Dla domu opieki z kilkudziesięcioma seniorami – kwestia bezpieczeństwa na najbliższe tygodnie. Dzięki platformie te „krople” przestają się rozlewać chaotycznie – trafiają tam, gdzie są realnie potrzebne.

Współpraca z instytucjami publicznymi

Istotnym sojusznikiem okazują się instytucje, które dotąd kojarzyły się raczej z wystąpieniami w mediach niż z cyfrową logistyką. Biuro rzecznika praw obywatelskich informuje wszystkie domy pomocy społecznej w kraju, że jest miejsce, gdzie mogą zgłosić swoje potrzeby. Samorządy lokalne wysyłają linki do platformy dyrektorom placówek, zachęcając do rejestracji. W ten sposób to, co zaczęło się jako inicjatywa kilku naukowców i informatyków, staje się ogólnopolskim systemem wsparcia – tworzonym oddolnie, ale współpracującym z instytucjami publicznymi.

Ludzkie historie – siła zaangażowania

Za każdym wykreślonym z listy „brakiem” stoi czyjaś historia. Koordynatorka z Dolnego Śląska opowiada, jak w ciągu kilku tygodni „przerabia” kilkaset telefonów, prowadzi zbiórkę online, organizuje licytacje rękodzieła, angażuje radnych w zdrową rywalizację o to, kto dowiezie więcej środków ochronnych. Inny wolontariusz wspomina, jak przestawiał własną działalność gospodarczą, by część produkcji przeznaczyć na darowiznę dla „swojego” szpitala. Dla wielu z nich praca w programie to nie jest chwilowa przygoda – to doświadczenie, które zostaje na długo. Nawet po ustąpieniu pierwszej fali epidemii myślą o kolejnych remontach, zbiórkach, akcjach – bo więź ze „swoją” placówką nie znika wraz z odwołaniem obostrzeń.

Fundament programu – zaufanie

Historia Wsparcia dla Szpitala jest więc opowieścią o technologii, ale przede wszystkim – o zaufaniu. Trzeba zaufać, że dyrektor szpitala uczciwie opisze swoje potrzeby. Trzeba zaufać, że darczyńca faktycznie przywiezie to, co zadeklarował. Trzeba zaufać koordynatorowi, który jest „tylko” wolontariuszem z Facebooka, że nie zmarnuje czyjejś dobrej woli. W kraju przyzwyczajonym do podejrzliwości wobec „zbiórek” nagle okazuje się, że przejrzysta lista potrzeb i publicznie dostępne informacje wystarczą, by tę nieufność złamać.

Z perspektywy systemowej ten program odsłonił także coś niewygodnego: jak bardzo państwo potrzebuje obywatelskich „łat”, by jego instytucje działały w kryzysie. Gdyby magazyny były pełne, a procedury zadziałały idealnie, nie byłoby potrzeby, by informatycy spali po trzy godziny, a nauczycielka z Wałbrzycha zostawała społecznie menedżerką logistyki. Ale stało się inaczej. Wsparcie dla Szpitala nie zastąpiło państwowych zakupów, lecz wypełniło luki – czasem drobne, czasem dramatyczne – tam, gdzie system nie nadążał.

Czy to źle, że takiego programu potrzeba było w ogóle stworzyć? Można spojrzeć na to w dwojaki sposób. Z jednej strony – to dowód na niedostatki przygotowania do pandemii, na zbyt małe zapasy, zbyt wolne procedury, zbyt słaby dialog z personelem. Z drugiej – to także pokaz siły społecznej wyobraźni. Ktoś, kto na co dzień zajmuje się strategiami marketingowymi, ktoś, kto uczy studentów zarządzania, ktoś, kto programuje systemy CRM – wszyscy oni potrafili w ciągu kilkunastu dni przekształcić swoje kompetencje w narzędzie ratujące realne życie.

Dziś, kiedy coraz częściej mówi się o kolejnych zagrożeniach epidemicznych, warto zapamiętać tę historię nie tylko jako wzruszającą opowieść z pierwszej fali COVID-19. To jest gotowy model działania na przyszłość. Pokazuje, że obok magazynów z respiratorami i planów zabezpieczenia łóżek, w planach kryzysowych powinno się znaleźć miejsce na coś jeszcze: na infrastrukturę współpracy między instytucjami publicznymi a obywatelami. Na cyfrowe narzędzia, które nie zastępują państwa, ale pozwalają mu przyjąć pomoc od tych, którzy nie chcą siedzieć bezczynnie.

Program Wsparcie dla Szpitala był odpowiedzią na bardzo konkretny moment historii: te tygodnie, kiedy strach był większy niż wiedza, a potrzeby rosły szybciej niż dostawy. Ale jego sens wykracza poza tamten czas. Pokazał, że w obliczu kryzysu nie musimy czekać, aż „ktoś coś zrobi”. Czasem wystarczy kilku ludzi, którzy wiedzą, jak połączyć kropki: lęk lekarzy, możliwości firm, energię wolontariuszy. Resztę zrobi dobrze zaprojektowana platforma – i przekonanie, że w tej układance każdy element jest ważny.

tm, zdjęcie z Pexels (autor: Anna Shvets)