Fizjoterapeutka pomaga mężczyźnie po udarze wykonywać ćwiczenia na macie w domu, ilustrując rehabilitację domową i dostosowanie szpitali do nowych limitów NFZ w 2026 roku.

Rehabilitacja domowa po udarze – jak szpitale radzą sobie z nowymi limitami NFZ w 2026 roku

Kiedy pani Anna wraca do domu po udarze, jej rodzina słyszy od lekarza jedno zdanie, które dziś brzmi inaczej niż jeszcze kilka lat temu: „Rehabilitacja będzie kontynuowana w trybie ambulatoryjnym, a wizyty domowe – jeśli uda się je wpasować w limity”. Za tym niewinnym „jeśli” kryje się cały nowy świat: procenty, współczynniki, limity dni, a przede wszystkim – dramatycznie ograniczony czas pracy fizjoterapeutów, który trzeba podzielić między oddział, poradnię i mieszkanie pacjenta.

Od 2025 roku rehabilitacja lecznicza finansowana przez NFZ weszła w okres przejściowy, który potrwa tylko dwanaście miesięcy, ale konsekwencje odczuwać będziemy latami. To, co kiedyś było elastyczną „domówką” dowieszoną do kontraktu ambulatoryjnego, staje się osobnym świadczeniem, z własnym budżetem, konkursem i regułami gry. Jednocześnie system jasno mówi: czasu fizjoterapeuty nie da się rozciągnąć – trzeba nim zarządzać tak, jak zarządza się deficytowym zasobem.

Rok 2025 – koniec „domówki na wszelki wypadek”

Do tej pory wielu świadczeniodawców ratowało się wizytami domowymi: były wyżej wycenione, pacjent zadowolony, a grafik – łatwiej „dopchany”. Dziś ten model się kończy.

W 2025 roku obowiązuje prosty, ale bolesny dla organizacji schemat:

  • w pierwszym półroczu fizjoterapeuci mogą przeznaczyć na wizyty domowe maksymalnie mniej więcej połowę swojego czasu pracy w ramach kontraktu ambulatoryjnego,
  • w drugim półroczu – już tylko około jednej piątej,
  • od 2026 roku rehabilitacja domowa całkowicie „wychodzi” z kontraktów ambulatoryjnych i funkcjonuje wyłącznie jako osobne umowy.

Do tego dochodzi obniżona wycena wizyt domowych realizowanych jeszcze w ramach kontraktów ambulatoryjnych – NFZ płaci za nie wyraźnie mniej niż za analogiczne świadczenia z „czystego” kontraktu domowego. Znika więc wcześniejsza zachęta ekonomiczna do tego, by każdego trudniejszego pacjenta wpisywać w harmonogram jako wizytę domową.

Na papierze brzmi to jak techniczna korekta finansowania. W praktyce oznacza rewolucję: nie da się już „przerzucać” fizjoterapeutów z poradni do terenu w zależności od bieżących potrzeb i humoru systemu. Czas pracy trzeba planować z wyprzedzeniem, a każdą godzinę spędzoną w domu pacjenta – dobrze uzasadnić.

Podwójne nożyce: limity systemu i limity pacjenta

Co ważne, ograniczenia dotyczą nie tylko personelu, ale też… samego pacjenta. Rehabilitacja domowa z NFZ ma swój twardy limit – maksymalnie kilkadziesiąt dni zabiegowych w roku, z możliwością wydłużenia tylko w naprawdę wyjątkowych sytuacjach. W dodatku prawo do tej formy wsparcia ma osoba, która nie jest w stanie samodzielnie dotrzeć do placówki.

Mamy więc podwójne nożyce:

  • po stronie systemu – limit procentowy czasu pracy na świadczenia domowe oraz budżet NFZ,
  • po stronie pacjenta – limit dni zabiegowych, po którym nawet najbardziej zaangażowany terapeuta nie „wyczaruje” kolejnej serii ćwiczeń finansowanej publicznie.

A ponad tym wszystkim – brak kadr. Starzejące się społeczeństwo, coraz więcej osób po udarach, urazach, zabiegach ortopedycznych, a liczba fizjoterapeutów w wielu regionach pozostaje dramatycznie niewystarczająca. Odpowiedź „zatrudnijmy więcej ludzi” jest prosta tylko w teorii.

Dlatego kluczowe pytanie 2025 roku brzmi nie „czy będziemy rehabilitować?”, ale „jak to zrobimy, łącząc oddział, poradnię, dom i narzędzia zdalne w spójną całość”.

Hybryda zamiast „albo-albo”

Paradoksalnie, to właśnie NFZ – często oskarżany o konserwatyzm – od kilku lat podsuwa szpitalom gotowy wzorzec: kardiologiczną telerehabilitację hybrydową. W tym modelu pacjent najpierw trafia do ośrodka lub na oddział dzienny, gdzie ćwiczy pod bezpośrednim nadzorem, z monitorowaniem EKG i parametrów wysiłku. Potem większość pracy przenosi się do domu, ale nie w próżnię: pacjent dostaje plan ćwiczeń, urządzenie do monitorowania tętna czy aktywności, pozostaje w kontakcie z zespołem przez teleporady, a postępy są regularnie oceniane.

To nie jest science fiction ani pilotaż dla wybranych. To normalne świadczenie gwarantowane. Tym samym Fundusz daje bardzo czytelny komunikat: centrum procesu rehabilitacji może być w szpitalu, ale część pracy spokojnie może toczyć się w domu pacjenta – pod warunkiem, że jest mądrze zaplanowana i nadzorowana.

Ten wzorzec da się przełożyć na inne dziedziny: rehabilitację neurologiczną, ogólnoustrojową, ortopedyczną. Formalnie nazywać się to może różnie, ale logika jest podobna: intensywna faza stacjonarna lub dzienna, potem tryb domowy – niekoniecznie z ciągłymi wizytami fizjoterapeuty „na żywo”, lecz z czytelnym programem i punktami kontrolnymi.

Cztery pomysły, jak nie zgubić pacjenta między oddziałem a domem

Jak szpitale próbują wykorzystać te ramy w praktyce?

Oddział + poradnia + ograniczona „domówka”

Pierwszy model to uporządkowanie ścieżki pacjenta: po zakończeniu rehabilitacji na oddziale chory trafia do poradni, a wizyty domowe są zarezerwowane wyłącznie dla tych, którzy naprawdę bez tego nie dadzą sobie rady – z najcięższą niesprawnością, bez wsparcia rodziny, z realnym brakiem możliwości dojazdu.

Kluczowe staje się planowanie:

  • wizyty domowe grupowane są w rejonach tak, by fizjoterapeuta nie spędzał dnia w samochodzie,
  • grafik układany jest z założeniem, że czas „terenowy” to rzadki zasób, który trzeba wykorzystać tam, gdzie jego efekt będzie największy.

Zyskuje na tym dostępność poradni, ale wymaga to odwagi, by powiedzieć części pacjentów: „u pana/pani wystarczy tryb ambulatoryjny – domowa rehabilitacja jest zarezerwowana dla kogoś w gorszym stanie”.

Oddział dzienny + program domowy

Drugi model przenosi część ciężaru pracy do domu w inny sposób. Pacjent kilka dni w tygodniu przychodzi na oddział dzienny, a w pozostałe – ćwiczy według szczegółowo rozpisanego planu domowego. Dostaje zestaw zadań, proste materiały (papierowe lub wideo), dzienniczek ćwiczeń do wypełniania. Co tydzień czy dwa odbywa telekonsultację lub krótką wizytę kontrolną, podczas której terapeuta koryguje błędy, modyfikuje program i sprawdza postępy według wystandaryzowanych skal.

Tu osoba fizjoterapeuty jest najbardziej potrzebna w kluczowych momentach – przy zaplanowaniu, nauce i korekcie ćwiczeń. Sama „robota odtwórcza” odbywa się w domu. Oczywiście pod warunkiem, że pacjent i jego bliscy zostaną dobrze przeszkoleni, a program będzie realny do wykonania w mieszkaniu, a nie w idealnej sali gimnastycznej z katalogu.

Szpital jako centrum sterujące siecią partnerów

Trzeci model patrzy dalej – na rok 2026 i później. Skoro rehabilitacja domowa będzie osobnym kontraktem, nie każdy szpital będzie chciał (lub mógł) startować w konkursach NFZ. W wielu miejscach bardziej realne będzie stworzenie sieci partnerów: szpital zostaje przy swoich oddziałach rehabilitacyjnych i poradniach, a współpracujące z nim podmioty – małe firmy, NZOZ-y – zajmują się wyłącznie „domówką”.

Warunek powodzenia jest jeden: przepływ informacji. Pacjent nie może być przerzucany jak paczka – „tu kończymy, tam proszę się zgłosić”. Potrzebny jest:

  • jasny, pisemny plan rehabilitacji,
  • wspólne standardy opisu stanu funkcjonalnego,
  • możliwość szybkiej konsultacji między zespołami, jeśli coś idzie nie tak.

W przeciwnym razie ryzykujemy, że domowa rehabilitacja stanie się „równoległym światem”, który z główną ścieżką leczenia łączy tylko PESEL pacjenta.

Małe technologie, duże efekty

Wreszcie model czwarty – najmniej spektakularny, ale często najbardziej realny: wykorzystanie prostych narzędzi cyfrowych w codziennej pracy. Nie trzeba od razu kupować platformy za setki tysięcy złotych. Czasem wystarczy:

  • teleporada kontrolna raz na kilka tygodni,
  • aplikacja do zapisywania liczby kroków czy powtórzeń ćwiczeń,
  • krótkie filmy z instruktażem, wysłane pacjentowi lub udostępnione w prostym serwisie.

To wszystko nie zamieni się magicznie w „świadczenie z katalogu”, ale pozwoli rozciągnąć ograniczony czas terapeuty: zamiast kolejnej wizyty „po to, by sprawdzić, jak pani ćwiczy”, fizjoterapeuta może zobaczyć nagranie lub raport i poświęcić pacjentowi 10 minut rozmowy, a pełną godzinę zarezerwować dla kogoś, kto wymaga pracy bezpośredniej.

Zarządzanie czasem terapeuty – nowa kompetencja dyrektora

W tym nowym świecie dyrektor szpitala czy kierownik zakładu rehabilitacji musi myśleć o czasie fizjoterapeuty tak, jak o łóżkach na oddziale intensywnej terapii: to zasób rzadki, drogi i kluczowy dla wyników leczenia.

Co to oznacza w praktyce?

  • Audyt przeszłości – policzenie, ile czasu w poprzednich latach rzeczywiście szło na wizyty domowe, ilu pacjentów korzystało z pełnych limitów, gdzie pojawiały się nadwykonania, a gdzie niewykorzystane moce poradni.
  • Decyzję strategiczną – czy chcemy być ośrodkiem, który sam realizuje rehabilitację domową, czy raczej centrum koordynującym pracę partnerów. Obie drogi są legalne. Błędem jest tylko bierność.
  • Inwestycję w systemy IT – nie po to, by zadowolić NFZ, ale by naprawdę wiedzieć, ile czasu spędzamy w poradni, ile w terenie, ilu pacjentów zbliża się do limitu dni zabiegowych. Bez tego zarządzanie to zgadywanie.
  • Przygotowanie zespołu – fizjoterapeuci muszą wiedzieć, dlaczego nagle ktoś liczy ich godziny „terenowe”, skąd biorą się priorytety przy kwalifikacji pacjentów i jak korzystać z nowych narzędzi zdalnych. Inaczej zmiana zamieni się w kolejne źródło frustracji.

Pojawiają się też nowe role: koordynator programu domowego, terapeuta „hybrydowy”, który czuje się równie pewnie w pracy na oddziale, jak i w środowisku domowym pacjenta, specjalista od dokumentowania efektów rehabilitacji w sposób zrozumiały dla NFZ.

Hybryda jako szansa – pod jednym warunkiem

Można patrzeć na zmiany w NFZ jak na kolejne ograniczenie: mniej „domówki” w kontraktach ambulatoryjnych, więcej papierów, nowe konkursy, dodatkowe warunki do spełnienia. Można też zobaczyć w tym szansę, by wreszcie uporządkować coś, co przez lata bywało chaotyczną mieszanką dobrej woli i prowizorki.

Hybrydowe modele rehabilitacji – łączące oddział, poradnię, dom i narzędzia zdalne – nie są już „fajnym dodatkiem dla innowatorów”. Stają się koniecznością w sytuacji, gdy jednocześnie:

  • rośnie liczba pacjentów,
  • brakuje fizjoterapeutów,
  • NFZ wyraźnie rozdziela budżety i wymaga precyzyjnego rozliczania czasu pracy.

Warunek jest jeden: nie zgubić pacjenta po drodze. Bo na końcu wszystkich tabel, współczynników i limitów jest konkretny człowiek, który po udarze, złamaniu czy zabiegu kardiologicznym zadaje proste pytanie: „Czy ktoś pomoże mi stanąć na nogi?”.

Odpowiedź na to pytanie będzie zależeć nie tylko od NFZ, ale od tego, czy szpitale już dziś odważą się przeprojektować swoje ścieżki rehabilitacji – z myśleniem nie w kategoriach „oddział kontra dom”, ale „oddział i dom, połączone rozsądnie wykorzystanym czasem terapeuty”.

tm, zdjęcie z Pexels (autor: Kampus Production)