Zaniepokojony lekarz w kitlu trzyma teczkę z dokumentacją medyczną na szpitalnym korytarzu, co symbolizuje naruszenie praw pacjenta i milionowe roszczenia grożące ruiną szpitala.

Naruszenie praw pacjenta – milionowe roszczenia, które mogą zrujnować szpital

Dyrektor szpitala otwiera kolejną kopertę z sądu. Tym razem nie chodzi o „klasyczny błąd medyczny”, nie ma mowy o źle poprowadzonym zabiegu ani dramatycznym powikłaniu. W pozwie pacjentka pisze o tym, że nikt nie wyjaśnił jej, na co dokładnie się zgadza, że leżała na korytarzu zasłonięta tylko byle jak narzuconym prześcieradłem, że pielęgniarka przy innych pacjentach komentowała jej chorobę. „Czuję się upokorzona” – czyta dyrektor. A kwota żądanego zadośćuczynienia? Taka, że cała roczna nadwyżka szpitala znika w kilka sekund.

To nie jest literacka fikcja. Tak wyglądają dziś realne sprawy o naruszenie praw pacjenta – nawet wtedy, gdy nikt nie kwestionuje samego sposobu leczenia. Coraz częściej o być albo nie być finansów placówki decydują nie spektakularne błędy medyczne, lecz pozornie „miękkie” kwestie: informacja, zgoda, intymność, dostęp do dokumentacji, możliwość bycia z bliską osobą.

Prawa pacjenta – nie tylko etyka, ale twarde pieniądze

W polskim systemie ochrony zdrowia przez lata ubezpieczenie OC kojarzyło się niemal wyłącznie z błędem medycznym: źle postawioną diagnozą, pomyłką w trakcie operacji, zaniechaniem leczenia. Tymczasem ustawa o prawach pacjenta od dawna mówi coś więcej: pacjent ma nie tylko prawo do leczenia, ale też do informacji, do wyrażenia świadomej zgody, do tajemnicy, do intymności, do godnego traktowania, do dokumentacji medycznej, do kontaktu z rodziną.

I co szczególnie ważne z perspektywy finansów – za zawinione naruszenie tych praw pacjent może dochodzić zadośćuczynienia za krzywdę, nawet jeśli nie doszło do pogorszenia stanu zdrowia. Sąd Najwyższy jasno potwierdził: sama krzywda wynikająca z odebrania pacjentowi podmiotowości – zignorowania jego zgody, ośmieszenia, upokorzenia – może być podstawą zasądzenia pieniędzy.

W praktyce oznacza to, że placówka może przegrać kosztowny proces, mimo że zabieg został wykonany prawidłowo. Wystarczy, że pacjent nie został rzetelnie poinformowany, że „zgoda” była tylko podpisem na kartce bez zrozumienia, że dostęp do dokumentacji był blokowany, albo że warunki pobytu naruszały godność.

Ile to kosztuje? Zwykle dziesiątki tysięcy, czasem miliony

Jeszcze kilka lat temu zadośćuczynienia za naruszenie praw pacjenta oscylowały często wokół kilku czy kilkunastu tysięcy złotych. Dziś coraz częściej mówimy o kwotach rzędu kilkudziesięciu, a w poważniejszych sprawach – ponad stu tysięcy złotych dla jednej osoby. Do tego dochodzą odsetki liczone nierzadko za wiele lat, koszty procesu, wynagrodzenia biegłych, koszty pełnomocników. Sumaryczny rachunek może być dwukrotnie wyższy niż sama kwota zasądzonego zadośćuczynienia.

A jeśli naruszenie praw pacjenta idzie w parze z ciężkim uszczerbkiem na zdrowiu – jak w sprawach okołoporodowych – mówimy już o zupełnie innej skali. W polskich sądach zapadały wyroki, w których łączne świadczenia przekraczały milion złotych, zdarzały się też sprawy z kwotami wielokrotnie wyższymi. Choć medialnie określa się je jako „sprawy o błąd medyczny”, to w tle niemal zawsze znajdziemy naruszenie praw pacjenta: brak rzetelnej informacji, brak możliwości wyboru, ignorowanie sygnałów zgłaszanych przez rodzącą czy jej rodzinę.

Do tego dochodzi rosnąca aktywność Rzecznika Praw Pacjenta. Urząd ten nie tylko przyjmuje skargi, ale też sam wytacza powództwa i przyłącza się do toczących się procesów. W jednej z serii spraw, dotyczących m.in. opieki okołoporodowej, łączna kwota wywalczonych dla pacjentów świadczeń w krótkim okresie sięgnęła blisko miliona złotych. Jeśli spojrzeć na skalę całego kraju i całego roku, mówimy już o dziesiątkach milionów.

Fundusz Kompensacyjny – nowy kanał, większa świadomość

Na tę układankę nakłada się jeszcze nowy element – Fundusz Kompensacyjny Zdarzeń Medycznych, zarządzany przez Rzecznika Praw Pacjenta. To odrębna, pozasądowa ścieżka, która pozwala poszkodowanym uzyskać świadczenie kompensacyjne w określonych sytuacjach. Maksymalne kwoty sięgają obecnie kilkuset tysięcy złotych na jednego pacjenta, a dla bliskich osoby zmarłej – ponad stu tysięcy na osobę.

Sam Fundusz dotyczy zdarzeń medycznych, a nie typowych roszczeń o naruszenie praw pacjenta, ale ma jeden bardzo konkretny skutek: pacjenci uczą się, że można walczyć o swoje prawa. Wiedzą, że istnieje Rzecznik, istnieją procedury, że ktoś pomaga im przejść przez dokumenty i wnioski. To z kolei przekłada się na większą skłonność do dochodzenia roszczeń także przed sądami.

Innymi słowy: fala świadomości praw pacjenta jest już w drodze – pytanie nie brzmi „czy”, tylko „jak bardzo uderzy w mój szpital”.

Obowiązkowe OC – parasol z dziurami

W tym miejscu pojawia się pytanie o ubezpieczenie. Większość dyrektorów i lekarzy odpowie odruchowo: „mamy obowiązkowe OC, jesteśmy zabezpieczeni”. Problem w tym, że jest to tylko część prawdy.

Standardowe, ustawowe OC podmiotu leczniczego projektowane było przede wszystkim pod szkody wynikające z udzielania świadczeń zdrowotnych – a więc klasyczny błąd medyczny, który skutkuje uszkodzeniem ciała, rozstrojem zdrowia, śmiercią pacjenta. Tymczasem „czyste” naruszenia praw pacjenta – takie jak odmowa wydania dokumentacji, ujawnienie tajemnicy medycznej, upokarzające traktowanie, bezpodstawne ograniczenie odwiedzin – często nie mieszczą się w tym wzorcu. To, czy ubezpieczyciel pokryje takie roszczenie, zależy od szczegółowych zapisów OWU, a te potrafią być bardzo różne.

Druga sprawa to wysokość sum gwarancyjnych. Minimalne ustawowe limity dla szpitali liczone są w setkach tysięcy euro na jedno zdarzenie i w skali kilku razy więcej na wszystkie zdarzenia w roku. Brzmi dobrze, dopóki nie uświadomimy sobie, że jeden ciężki przypadek okołoporodowy jest w stanie „zjeść” znaczną część tego limitu. Jeśli w tym samym okresie pojawi się seria „mniejszych” spraw o naruszenie praw pacjenta, suma gwarancyjna może się wyczerpać szybciej, niż komukolwiek się wydawało.

Placówka, która opiera swoje bezpieczeństwo wyłącznie na obowiązkowym OC, gra więc w rosyjską ruletkę. Stoimy na linii frontu roszczeń, trzymając w ręku parasol, który częściowo chroni przed deszczem, ale ma dziury w kluczowych miejscach.

Gdzie najczęściej łamiemy prawa pacjenta?

Jeśli spojrzeć na skargi, orzecznictwo i wystąpienia Rzecznika, widać kilka obszarów szczególnie „gorących”:

Informacja

Pacjent nie rozumie, co mu dolega, na czym polega zabieg, jakie są alternatywy. Podpisuje zgodę, ale po fakcie mówi: „nikt ze mną nie rozmawiał, nikt nie wyjaśnił ryzyka”. Dla sądu to prosta droga do uznania, że zgoda była nieważna, a prawa pacjenta zostały naruszone.

Świadoma zgoda

Zgody „in blanco”, dopisywanie procedur, na które pacjent się nie godził, wykonywanie dodatkowych zabiegów bez pytania. Argument „bo tak było lepiej medycznie” nie zawsze wystarcza, jeśli pominięto pacjenta w procesie decyzyjnym.

Dokumentacja medyczna

Odmowa wydania dokumentacji, przewlekłe procedowanie wniosków, zawyżone opłaty, braki i błędy w zapisach. Tu roszczenia mogą wynikać zarówno z samego utrudniania dostępu, jak i z tego, że niedokładna dokumentacja utrudnia pacjentowi dochodzenie innych praw.

Intymność i godność

Wieloosobowe sale, korytarze zamiast pokoi, brak parawanów, badania wykonywane przy obecności innych chorych, komentarze personelu. Często tłumaczymy to „trudnymi warunkami lokalowymi”, ale z perspektywy pacjenta i sądu to naruszenie podstawowych standardów.

Kontakt z bliskimi

Szczególnie na oddziałach położniczych, pediatrycznych i w opiece długoterminowej. Ograniczenia odwiedzin mogą być uzasadnione (choćby epidemiologicznie), ale muszą być proporcjonalne, komunikowane i stosowane z poszanowaniem wyjątkowych sytuacji.

Co istotne, wiele z tych problemów nie wynika ze złej woli, lecz z bałaganu organizacyjnego: procedury istnieją tylko „na papierze”, nikt realnie nie szkoli personelu, nikt nie monitoruje skarg. A to idealny grunt pod serię roszczeń.

Dedykowane OC za naruszenie praw pacjenta – fanaberia czy konieczność?

Coraz więcej brokerów i ubezpieczycieli proponuje dziś produkt, który jeszcze kilka lat temu brzmiał egzotycznie: osobne, dobrowolne OC za naruszenie praw pacjenta. Z punktu widzenia zarządów często pojawia się odruch: „jeszcze jedno ubezpieczenie, jeszcze jedna składka…”. Tyle że przy obecnej skali roszczeń to przestaje być luksus.

Dobrze skonstruowana polisa powinna obejmować zarówno „czyste” naruszenia praw pacjenta, jak i sytuacje, w których naruszenia te towarzyszą zdarzeniom medycznym. Ważne jest też wyraźne uwzględnienie kosztów ochrony prawnej – wynagrodzeń pełnomocników, biegłych, kosztów postępowań przed sądami i przed Rzecznikiem Praw Pacjenta, a także ugód sądowych i pozasądowych. Bo często to właśnie te koszty najmocniej obciążają budżet placówki.

Kluczową decyzją są limity – dla małych praktyk wystarczają czasem limity liczone w setkach tysięcy złotych, dla szpitali, zwłaszcza z oddziałami o wysokim ryzyku, realne wydają się dopiero poziomy idące w miliony złotych rocznie. Można je budować warstwowo: od podstawowej polisy obowiązkowej, przez dodatkowe OC dobrowolne, po ubezpieczenia nadwyżkowe, które „dowiązują” kolejne miliony ponad ustawowe minimum.

Do tego warto pomyśleć o klauzulach obejmujących naruszenia tajemnicy medycznej i danych osobowych (RODO), a także o ochronie członków zarządu w zakresie decyzji organizacyjnych, które mają wpływ na prawa pacjenta. To właśnie zarząd odpowiada za to, czy procedury są realne, czy tylko leżą w segregatorze.

Co może zrobić rozsądny zarząd?

Ubezpieczenie nie zastąpi kultury poszanowania pacjenta. Może jednak złagodzić skutki błędów systemu i ludzi. Dlatego rozsądne podejście powinno łączyć trzy elementy:

  • Audyt – rzetelne sprawdzenie, gdzie w placówce najczęściej dochodzi do naruszeń praw pacjenta: SOR, izba przyjęć, blok porodowy, oddziały zachowawcze, opieka długoterminowa. Analiza skarg z ostatnich lat to bezpłatne, a często brutalnie szczere źródło wiedzy.
  • Przegląd polis – nie na zasadzie „mamy polisę, więc jest spokój”, tylko z pytaniem: co konkretnie jest objęte? Jakie są wyłączenia? Jaka jest realna suma gwarancyjna po odjęciu już wypłaconych świadczeń? Czy w ogóle mamy osobne ubezpieczenie na naruszenie praw pacjenta?
  • Szkolenia i codzienność – nauczenie personelu, że informacja i zgoda to nie jest „papierologia pod ubezpieczyciela”, lecz fundament relacji z pacjentem. Że parawan, spokojne wyjaśnienie, umożliwienie kontaktu z bliską osobą, sprawne wydanie dokumentacji to nie uprzejmość, ale także tarcza przed roszczeniami.

Jeśli do tego dołożymy stały monitoring roszczeń i dialog z ubezpieczycielem – nie tylko w momencie szkody, ale i na etapie planowania prewencji – mamy szansę wyjść z defensywy.

Na koniec: nie chodzi tylko o polisy

Można powiedzieć, że dedykowane OC za naruszenie praw pacjenta jest jak pas bezpieczeństwa w samochodzie. Nie sprawia, że jeździmy lepiej, ale gdy dojdzie do wypadku, może uratować życie – w tym przypadku życie finansowe szpitala. Jednak nawet najlepszy pas nie pomoże, jeśli jedzimy z zamkniętymi oczami, ignorując znaki.

Warto pamiętać, że każde roszczenie o naruszenie praw pacjenta zaczyna się od czyjegoś realnego doświadczenia: strachu, wstydu, poczucia upokorzenia. Jeśli system potraktuje prawa pacjenta poważnie – jako element misji i jako realne ryzyko finansowe – mniej osób poczuje się na tyle skrzywdzonych, by iść do sądu. A jeśli mimo wszystko pójdą, dobrze skonstruowany program ubezpieczeniowy sprawi, że jeden pozew nie zachwieje całym szpitalem.

To nie jest „miękki” temat. To twarda, policzalna rzeczywistość – taka, w której kultura szacunku i dobra polisa OC idą ramię w ramię.

tm, zdjęcie z Pexels (autor: )