Grupa uśmiechniętych lekarzy i pielęgniarek stoi razem na szpitalnym korytarzu, symbolizując wsparcie biznesu dla szpitali i trójmiejską lekcję solidarności w czasie pandemii.

Gdy biznes wspiera szpitale – trójmiejska lekcja solidarności w czasie pandemii

Najpierw był telefon. Właściciel niewielkiej firmy z Trójmiasta dzwoni do znajomej lekarki z pytaniem, gdzie najlepiej przekazać kilka pudeł masek. Ona wzdycha w słuchawkę. Mówi o brakujących przyłbicach, o tym, że pielęgniarki piorą jednorazowe fartuchy, o strachu przy każdym wejściu na oddział. Umawiają się na pierwszy transport. Kilka kartonów – jak na możliwości tego przedsiębiorcy sporo, jak na potrzeby szpitala: tylko kropla. To i tak niezwykłe, jak bardzo biznes się uczłowieczył na czas pandemii, a CSR z marketingowej strategii stał się rzeczywistym obrazem społecznej odpowiedzialności biznesu.

Ale ktoś wrzuca zdjęcie kartonów na wewnętrzną grupę lokalnych przedsiębiorców. Ktoś inny dopisuje: „My dorzucimy się do respiratora”. Kolejna osoba: „Mam kontakt do dostawcy testów, mogę pomóc w załatwieniu”. I nagle z jednego telefonu robi się kilkadziesiąt wiadomości, setki przelewów, tysiące udostępnień.

Po kilku tygodniach ta „mała pomoc” ma już całkiem konkretne rozmiary: ponad siedem milionów złotych przekazanych szpitalom i ratownikom, prawie dwadzieścia respiratorów, specjalistyczne analizatory do diagnostyki, moduł do testowania personelu przed budynkiem szpitala, dziesiątki urządzeń, których nazw większość z nas wcześniej nie znała. Do tego setki tysięcy maseczek, przyłbic, fartuchów, ochraniaczy, termosów z jedzeniem i butelek wody.

A wszystko zaczęło się od kilku osób, które miały odwagę powiedzieć głośno: „Zróbmy coś. Choćby małego”.

Mała firma, duży koncern, ta sama potrzeba

Kryzys obnaża różnice, ale i je unieważnia. Na jednej liście darczyńców pojawiają się wielkie koncerny paliwowe, firmy energetyczne, ubezpieczyciele – tacy, którzy mogą współfinansować przylot ogromnego transportowego samolotu z Chin, pełnego środków ochrony osobistej. Obok nich – właściciele restauracji, którzy szyją maseczki w przerwie między dostawami jedzenia na wynos. Producent opakowań, który oddaje swoje linie na rzecz opakowań do próbek laboratoryjnych. Lokalny sklep wystawia na fakturze „koce i pościel dla szpitala” zamiast kolejnego pakietu do aranżacji wnętrz.

Każdy daje coś z tego, co ma: duzi – pieniądze i logistykę, mali – czas, kreatywność, kontakty. Jedni wyciągają z firmowego budżetu sześciocyfrowe kwoty, inni – po prostu otwierają portfel prywatny. W sumie powstaje coś, czego żadna pojedyncza firma nie byłaby w stanie zorganizować: sieć szybkiej, elastycznej, często zupełnie nieformalnej pomocy.

Dyrektorka lokalnego klubu biznesu mówi o tym tak: w normalnych czasach firmy dzielą się „tortem” – sięgają po część zysku, żeby wesprzeć kulturę, sport, edukację. W pandemii dzielą się chlebem – tym, co zapewnia przetrwanie. Bo nagle okazuje się, że „kapitalista” jedzie dokładnie tym samym wagonem, co ratownik, pielęgniarka, kierowca autobusu. I jeśli pociąg wykolei się na oddziale zakaźnym, to z torów wypada cały system.

CSR przestaje być broszurą

Przez lata społeczna odpowiedzialność biznesu bywała w wielu firmach dodatkiem: osobną zakładką na stronie, sponsorem biegu charytatywnego, logotypem na festiwalu. W Trójmieście, w pierwszych miesiącach pandemii, CSR wyszedł z prezentacji i wszedł na oddział intensywnej terapii.

Nagle nie chodzi o to, żeby „być widocznym” przy ważnym wydarzeniu, ale o to, żeby lekarz miał czym zaintubować pacjenta, a ratownik miał rękawiczki, zanim podłączy kolejny tlen. Nie ma czasu na długie strategie, wskaźniki wizerunkowe, badania efektywności kampanii. Jest telefon: „Potrzebujemy modułu do testów na zewnątrz budynku, żeby ograniczyć ryzyko”. I odpowiedź: „Dobra, bierzemy to na siebie”.

Czy firmy robią to też z myślą o wizerunku? Oczywiście, że tak. W XXI wieku prawie każde działanie firmy jest jednocześnie etyczne i komunikacyjne. Jednak w sytuacji, gdy zamknięta gospodarka podcina im przychody, gdy menedżerowie liczą każdy dzień, który uda się przeżyć bez zwolnień, decyzja o przekazaniu dużych pieniędzy nie jest już kosmetyką. Jest ryzykiem, świadomym wyborem: „zrezygnujemy z czegoś u siebie, żeby doposażyć tych, którzy stoją na pierwszej linii”.

To ciekawy moment w historii polskiego biznesu. Nagle okazuje się, że społeczna odpowiedzialność nie jest zewnętrznym dodatkiem, ale elementem bezpieczeństwa – także własnego. Bo jeśli zawali się system ochrony zdrowia, to żadne tarcze, żadne ulgi podatkowe nie pomogą.

Gdy restauracje karmią szpital – łańcuch solidarności

Jedna z energetycznych firm postanawia codziennie dostarczać posiłki dla całego personelu jednego z gdańskich szpitali. Ale nie gotuje ich na własnej stołówce – kupuje je od lokalnych restauracji, którym w czasie lockdownu drastycznie spadły obroty.

W jednym ruchu łączy się kilka kryzysów: medyczny i gastronomiczny. Lekarze i pielęgniarki dostają ciepłe jedzenie, którego nie muszą organizować po nocach z automatów, a restauratorzy – choć na chwilę – odzyskują sens działania. Zamiast liczyć tylko straty, mogą powiedzieć zespołowi: „Słuchajcie, gotujemy dla ludzi na pierwszej linii, to ma znaczenie”.

Tak wygląda odpowiedzialność rozumiana szerzej niż „przelew na konto szpitala”. To projektowanie pomocy tak, by krążyła w lokalnym ekosystemie, a nie spadała jak meteor – jednorazowy, efektowny, ale szybko znikający.

Internetowe zrzutki – solidarność w wersji „kliknij i pomóż”

Obok biznesu instytucjonalnego działa ten bardziej spontaniczny, obywatelski. Na portalach zbiórkowych pojawia się równocześnie kilka, kilkanaście lokalnych akcji: jedna funduje przyłbice, druga – posiłki dla personelu, trzecia – dodatkowe środki ochrony osobistej. Zrzutkę zakładają kibice jednego i drugiego klubu, fani motoryzacji, studenci, absolwenci studiów MBA, sąsiedzi z jednej ulicy.

Każda z tych inicjatyw z osobna wygląda skromnie: kilkanaście, kilkadziesiąt tysięcy złotych. Ale jeśli zsumować je z tym, co robią firmy, z darami rzeczowymi, z transportami z Chin współfinansowanymi przez duże spółki – okazuje się, że efekt skali jest porównywalny z rządowym programem. Tyle że przyszedł oddolnie, szybko, bez wielkiej strategii.

Mały przelew na poziomie jednostki staje się cegiełką w ogromnym murze ochronnym. Ten mur nie zatrzyma wirusa, ale może choć trochę wzmocnić tych, którzy codziennie patrzą mu w twarz.

Szpital widziany z magazynu darów

W rzecznikach prasowych szpitali, którzy próbują ogarnąć napływ pomocy, miesza się wzruszenie z logistycznym stresem. Każdego dnia przyjeżdżają nowe paczki: palety z rękawiczkami, kartony z kosmetykami dla personelu, koce, środki do dezynfekcji, woda mineralna, owoce, czekolada. Do tego przelewy na konta fundacji szpitalnych, umowy darowizny, protokoły odbioru.

Z perspektywy magazynu widać lepiej niż z konferencyjnej sali, jak bardzo system ochrony zdrowia przed pandemią był „na styk”. Jak bardzo brakowało rezerw, zapasów, planów B. Ale widać też coś jeszcze: że społeczeństwo – w tym biznes – potrafi tę lukę choć częściowo załatać w rekordowym tempie.

Czy to jest dobre rozwiązanie na przyszłość? Oczywiście, że nie. Żaden system nie powinien polegać na tym, że w sytuacji kryzysu „może akurat ktoś z dobrym sercem zrobi zrzutkę na respirator”. Ale fakt, że w 2020 roku tak wielu zdecydowało się tę lukę wypełnić, mówi o nas coś ważnego.

Co zostaje, gdy opadnie kurz?

Najciekawsze pytanie brzmi: co zostanie z tej fali solidarności za kilka lat? Respiratory i analizatory będą dalej pracować, pościel będzie się zużywać, przyłbice dawno trafią do kosza. Co z relacjami?

Doświadczenie współpracy

Po pierwsze – zostaje doświadczenie współpracy. Dyrektor szpitala ma teraz w telefonie bezpośredni numer do prezesa lokalnej firmy, która w razie kolejnego kryzysu może pomóc szybciej niż niejedno ministerstwo. Przedsiębiorcy, którzy wcześniej widzieli szpital głównie jako płatnika za usługi medycyny pracy, nagle poznają realia oddziałów, liczbę dyżurów, koszt przeglądu respiratora.

Zmiana języka

Po drugie – zmienia się język. Wiele firm zaczyna mówić o odpowiedzialności nie jako o modnym haśle, ale jako o czymś, co sprawdzili w boju. Na prezentacjach dla akcjonariuszy obok wyników finansowych pojawiają się konkretne historie: ile stanowisk intensywnej terapii doposażono, ile posiłków dla personelu dostarczono, ile środków ochrony udało się sprowadzić.

Pytanie systemowe

Po trzecie – pojawia się pytanie systemowe: skoro w kryzysie spontaniczny, oddolny ruch potrafił zorganizować coś tak wielkiego, to jak tę energię włączyć na stałe w normalne, spokojniejsze czasy? Jak budować trwałe partnerstwa między biznesem a ochroną zdrowia, nie tylko „na wojnę”, ale także do codziennej pracy nad profilaktyką, edukacją, zdrowiem pracowników?

Od odruchu do struktury

Historia trójmiejskiej fali pomocy dla szpitali to opowieść o tym, jak z odruchu serca rodzi się struktura. Najpierw jest impuls – ktoś dzwoni, ktoś pisze posta, ktoś wrzuca link do zbiórki. Potem pojawiają się pierwsze kwoty, pierwsze paczki, pierwsze zdjęcia sprzętu na oddziale. Z czasem trzeba stworzyć listy potrzeb, wyznaczyć osoby do kontaktu, uporządkować przepływ informacji. Spontaniczny ruch zaczyna przypominać projekt – z koordynacją, priorytetami, harmonogramem dostaw.

To moment, w którym widać, że dobra wola to za mało. Trzeba kompetencji logistycznych, prawniczych, księgowych, komunikacyjnych. I tu znów biznes okazuje się potrzebny, nie tylko jako portfel, ale jako źródło know-how. Ktoś pomaga napisać umowy darowizny, ktoś inny – przeprojektować magazyn, jeszcze ktoś – opracować prosty system zgłaszania potrzeb.

Tak mała inicjatywa – paczka masek, spontaniczna zrzutka, telefon do znajomego lekarza – staje się zaczynem czegoś większego: sieci współpracy, której znaczenia widać szczególnie wyraźnie tam, gdzie stawką jest ludzkie życie.

W polskiej debacie o ochronie zdrowia często słyszymy, że „system jest niewydolny”, że „nic się nie da”, że „wszyscy są przeciwko wszystkim”: lekarze przeciwko dyrektorom, pacjenci przeciwko NFZ, rząd przeciwko samorządom. Historia trójmiejskich firm, które w czasie pandemii wyciągnęły rękę do szpitali, pokazuje inną twarz tej samej rzeczywistości.

Nie zmienia faktu, że system trzeba naprawiać, inwestować, planować. Ale przypomina, że między paragrafami a procedurami jest jeszcze to, co dzieje się, gdy kilka osób w kryzysie mówi: „Zacznijmy od czegoś małego. Reszta się dołączy”.

I właśnie wtedy, czasem po cichu, z zaplecza magazynu szpitalnego, rodzi się coś naprawdę wielkiego.

tm, zdjęcie z Pexels (autor: RDNE Stock project)