Grupa wolontariuszy pozuje przy furgonetce w alejce za domem pomocy społecznej; na pierwszym planie starszy mężczyzna na wózku inwalidzkim, reszta grupy stoi wokół niego z uśmiechami, w tle widać kartony z darami.

Jak znaleźć koordynatora lokalnego? Historia z Domu Pomocy Społecznej

Najpierw pojawił się mail. Zwykły, służbowy, wśród ogłoszeń o przetargach na dostawę mięsa i pism z urzędu. Ktoś z personelu otworzył go „przy okazji”, między zmianą pampersa a telefonem z poradni. W treści – zaproszenie do udziału w projekcie, który miał pomóc szpitalom lepiej rozumieć codzienność miejsc takich jak Dom Pomocy Społecznej w Rudzie Różanieckiej. I jedno krótkie zdanie, które uruchomiło całą lawinę: potrzebny lokalny koordynator.

Brzmi niewinnie, prawda? W praktyce oznacza: „znajdźcie człowieka, który ogarnie wszystko, na co nikt nie ma czasu”.

Kogo my właściwie szukamy?

Pierwsza rozmowa odbyła się, jak to zwykle bywa, w pokoju, który z definicji „do rozmów” nie służy. Trochę w gabinecie dyrekcji, trochę w biegu, z kubkiem kawy stawianym na stercie segregatorów.

– To kto miałby się tym zająć? – padło pytanie, które w polskich instytucjach zawsze brzmi tak samo.

Opcje były trzy:

  • Pierwsza: „dorzucić to komuś” z już pracujących. Ktoś ma lekkie pióro? Ktoś ogarnia Facebooka? Ktoś „dobrze gada z ludźmi”? No to będzie koordynatorem. Problem w tym, że ten ktoś ma już pełny grafik: dyżury, dokumentację, terapię zajęciową, wyjazdy do poradni, a po godzinach własne życie.
  • Druga: zatrudnić kogoś z zewnątrz. Świeże spojrzenie, nowe kompetencje, może znajomość mediów, może doświadczenie w organizacjach pozarządowych. Ale dochodzi klasyczne pytanie budżetowe: za ile? I na jak długo?
  • Trzecia: hybryda. Ktoś z domu pomocy zostaje „twarzą” projektu, a osoba z zewnątrz pomaga z pisaniem, zdjęciami, kontaktem z redakcją. Brzmi sensownie, tylko trzeba jeszcze znaleźć ludzi, którym się chce.

Zanim w ogóle ogłoszono nabór, trzeba było ustalić, co właściwie będzie robił ten koordynator. Tu zaczynają się realia.

– To nie jest „pani od lajków na Facebooku”, tylko ktoś, kto ma opowiedzieć o tym, jak tu się naprawdę żyje – padło w pewnym momencie.

– I musi ogarniać papierologię, terminy, zgody, RODO, wszystko… – dodał ktoś z administracji.

Lista oczekiwań rosła szybciej niż realna pensja na proponowanym stanowisku.

Ogłoszenie, które nie wygląda jak kosmiczna oferta

Kolejny krok: ogłoszenie. Niby banał, a jednak trzeba było znaleźć ton, który nie odstraszy ludzi z okolicy korpo-językiem, a jednocześnie pokaże, że to coś ważniejszego niż „pisanie postów”.

Trzeba było napisać, że koordynator będzie:

  • łączyć DPS z portalem,
  • szukać historii wśród mieszkańców i pracowników,
  • pilnować terminów,
  • czasem zrobić zdjęcie, czasem pojechać na spotkanie,
  • a przede wszystkim – słuchać.

I to wszystko gdzieś pomiędzy słowami „umowa”, „zakres obowiązków” i „wymogi formalne”.

Ogłoszenie rozeszło się różnymi kanałami: przez stronę domu pomocy, pocztą pantoflową w gminie, przez znajomych znajomych. Ktoś skomentował, że „przydałby się tu taki młody, po studiach, co się zna na mediach”. Ktoś inny odburknął, że „młodzi po studiach to dawno stąd wyjechali”.

A jednak zgłoszenia zaczęły przychodzić.

Ludzie z maili i telefonów

Wśród kandydatów byli bardzo różni ludzie.

Ktoś z doświadczeniem w organizacji lokalnych festynów, kto potrafi z niczego zrobić wydarzenie z watą cukrową, orkiestrą dętą i patronatem starosty. Ktoś, kto pracował kiedyś w gazecie i uznał, że „fajnie by wrócić do pisania, ale już w spokojniejszej skali”. Ktoś z personelu – terapeutka, która i tak robi zdjęcia z zajęć i wkleja je w kronikę; pomyślała, że skoro już dokumentuje ten świat, może mogłaby robić to profesjonalniej.

Rozmowy rekrutacyjne nie wyglądały jak w korporacji. Nikt nie pytał o „pięć lat doświadczenia w zarządzaniu projektem w dynamicznie rozwijającym się środowisku”. Zamiast tego padały pytania:

  • Czy potrafi pan/pani napisać tekst tak, żeby osoba z zewnątrz zobaczyła w nim człowieka, a nie tylko „pacjenta”?
  • Jak pan/pani reaguje, kiedy ktoś płacze i nie ma ochoty opowiadać swojej historii?
  • Co pan/pani zrobi, jeśli pielęgniarka powie: „Nie mamy czasu na zdjęcia, mamy leki do wydania”?

Kandydatów proszono też o próbkę: krótki tekst o domu pomocy. Nieraz już po kilku zdaniach było jasne, kto widzi mieszkańców jako „bohaterów”, a kto – jako „podopiecznych” z numerem pokoju.

Między ideałem a rzeczywistością

Po kilku dniach rozmów opadł pierwszy entuzjazm. Idealny koordynator miał być jednocześnie: wrażliwy i twardy, empatyczny i zorganizowany, potrafiący rozmawiać z lekarzem, opiekunką, dyrekcją, rodziną mieszkańca i dziennikarzem, a do tego jeszcze znać się na internecie.

Rzeczywistość podsunęła własny scenariusz: trzeba wybrać człowieka, który nie będzie idealny, ale będzie „z tej ziemi”. Rozumie, że w DPS nic nie dzieje się według podręcznika: plan dnia potrafi runąć przez jedno załamanie zdrowia, jedno pogorszenie stanu, jeden nagły wyjazd do szpitala.

W pewnym momencie rozmów pojawiło się pytanie: czy ten koordynator będzie miał przestrzeń na tę pracę? Bo łatwo jest napisać w ogłoszeniu, że to „dodatkowe zadanie”. Trudniej przyznać, że jeśli ma to mieć sens, to ktoś inny musi przejąć część dotychczasowych obowiązków. I że to nie jest już tylko kwestia „projektu”, ale zmiany myślenia o tym, jak dom pomocy komunikuje się ze światem.

Wybór

Decyzja zapadła po wielu rozmowach kuluarowych. Wybrano osobę, która:

  • znała placówkę albo podobne miejsca od środka,
  • nie bała się tematów trudnych – śmierci, choroby, samotności,
  • miała pióro na tyle lekkie, by z takiej codzienności zrobić tekst, który da się przeczytać bez przytłoczenia,
  • i na tyle mocne, by nie pudrować rzeczywistości.

Wcale nie była to najgłośniejsza kandydatura. Raczej ktoś, kogo łatwo przeoczyć: niekoniecznie najgłośniej mówi, nie ma imponującego LinkedIna, ale ludzie z domu pomocy wiedzą, że „jak się za coś bierze, to dowozi”.

Umówiono pierwsze zadania, ustalono, jak będzie wyglądał kontakt z redakcją, kto podpisze zgody mieszkańców, kto będzie pilnował RODO, kto pomoże w kwestiach technicznych. Zrobiono miejsce w kalendarzu. Symboliczny, ale ważny gest: ta praca przestała być „między jednym a drugim dyżurem”.

Co tak naprawdę znaleziono

W ogłoszeniu mowa była o „koordynatorze lokalnym”, ale w praktyce szukano kogoś innego. Kogoś, kto:

  • przetłumaczy język instytucji na język ludzi,
  • sprawi, że historie z domu pomocy wyjdą poza mury budynku,
  • pokaże, że to nie jest „magazyn starych ludzi”, tylko miejsce pełne relacji, lęków, nadziei, śmiesznych scen i trudnych decyzji.

W polskiej ochronie zdrowia i opiece długoterminowej większość energii idzie w bieżące gaszenie pożarów. Ktoś upadł, ktoś znowu nie przyszedł na dyżur, coś się zepsuło, coś trzeba pilnie kupić. Opowiadanie o tym świecie – spokojnie, z namysłem – jest luksusem. Poszukiwanie koordynatora było więc trochę aktem odwagi: przyznaniem, że te historie mają znaczenie.

Na końcu nie liczy się nazwa funkcji, tylko to, że w jednym z domów pomocy społecznej znalazł się człowiek, który ma oficjalne zadanie: słuchać, pytać, zbierać wątki i szukać języka, w którym da się o tym wszystkim mówić.

A my – czytelnicy – mamy dzięki temu szansę spojrzeć na takie miejsce inaczej niż przez pryzmat sensacyjnych nagłówków albo suchych urzędowych raportów. I to jest największa wartość tego całego „poszukiwania koordynatora”: że ktoś uznał, iż głos domu pomocy społecznej jest wart tego, by go posłuchać.

tm, zdjęcie z Pexels (autor: RDNE Stock project)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *