Kiedy wiosną 2020 roku na cieszyńskim rynku zrobiło się nienaturalnie cicho, Marta po raz pierwszy od dawna miała czas, żeby naprawdę przeczytać coś w internecie od deski do deski. Nie nagłówek, nie zajawkę, ale cały tekst. „Poszukujemy lokalnego koordynatora zbiórek na rzecz naszego domu pomocy…” – zaczynał się krótki apel. Poniżej kilka zdań o seniorach, o personelu, o brakach, o „trudnym czasie”. Pod spodem przycisk: „Zgłoś się”.
– Przecież ja się na tym nie znam – pomyślała odruchowo. Nie była ani pielęgniarką, ani działaczką społeczną. Zwykła trzydziestoparolatka, praca zdalna, kredyt, zakupy robione w pośpiechu w maseczce zrobionej z dawnej apaszki.
Wieczorem wróciła do tego apelu jeszcze raz. I kliknęła.
Kim jest człowiek, który spina system
Formalnie rola koordynatora zbiórki brzmi dość technicznie: łącznik między darczyńcami a placówką. Ktoś, kto wie, czego potrzeba, potrafi to wytłumaczyć innym, zorganizować zbiórkę, zutylizować chaos dobrej woli, posegregować dary, dowieźć w odpowiednie miejsce, o odpowiedniej porze.
W praktyce oznacza to, że telefon Marty zaczął dzwonić o dziwnych porach.
– Dzień dobry, mamy trochę rękawiczek jednorazowych, ale nie wiemy, czy to „te dobre”…
– Mam kilkanaście maseczek uszytych przez znajome, gdzie mogę je zostawić?
– Nie mam auta, ale mogę pomóc segregować, jeśli ktoś mnie podwiezie.
Marta stworzyła arkusz w Excelu. Kolumna: „kto dzwonił”, „co ma”, „kiedy może przekazać”. Do tego druga tabelka z listą potrzeb z domu pomocy: środki dezynfekcyjne, rękawiczki, fartuchy ochronne, zwykłe mydło. I trzecia – wolontariusze z samochodami.
Koordynator jest trochę dyspozytorką, trochę psycholożką, a trochę filtrem. Nawet najpiękniejsze gesty trzeba przepuścić przez sito: co naprawdę się przyda, co da się zdezynfekować, co można przyjąć od ręki, a co lepiej odrzucić, choć serce się buntuje. Bo dom pomocy społecznej to nie magazyn, tylko dom ludzi, którzy często i tak czują się jak odstawieni na boczny tor.
Dom, który nagle stał się twierdzą
Z zewnątrz budynek domu pomocy wyglądał jak zwykle. Tynk, drzewa, ławeczki. Tyle że puste. Mieszkańcy nie wychodzili na spacer, odwiedziny zostały wstrzymane.
– My tu mamy swój mały świat – mówiła jedna z opiekunek, kiedy Marta po raz pierwszy przyjechała z bagażnikiem wypchanym po korek płynami i rękawiczkami. – Tylko że teraz to jest świat zamknięty na klucz.
Żeby przekazać dary, trzeba się było zatrzymać przed wejściem. Otwierały się drzwi, ktoś w przyłbicy i fartuchu odbierał kartony, machał na odległość, dziękował oczami ponad maseczką. Kilka zdań wymienionych szybko, jak szept.
– Jak tam, trzymacie się?
– Trzymamy. Byleśmy tylko zdrowi zostali.
– My wam jeszcze coś przywieziemy.
Zwykłe „my” zaczęło oznaczać coś więcej. „My” – czyli mieszkańcy miasta, znajomi znajomych, lokalni przedsiębiorcy, nauczycielki, studenci, ludzie, którzy nagle odkryli, że dom pomocy to nie jest abstrakcyjna instytucja „gdzieś tam”, tylko konkretne miejsce za rogiem.
Internet, który stał się bramą
Sercem całej historii była jednak nie tyle kartka na słupie ogłoszeniowym, co strona internetowa. Prosta, z zakładką „potrzebujemy” i formularzem.
Placówka wpisywała, czego jej brakuje. System tłumaczył to na zrozumiały język: „szukamy 200 litrów płynu do dezynfekcji, 1000 par rękawiczek, kilkudziesięciu maseczek wielorazowych”. Darczyńca mógł wybrać, czy chce przekazać produkty, czy pieniądze. A między światem cyfrowym a rzeczywistością na miejscu był właśnie koordynator.
To on dawał twarz internetowej tabelce. Tłumaczył starszej pani w sklepie, że „ten płyn też będzie dobry, byle miał odpowiednie stężenie alkoholu”. Rozmawiał z właścicielem hurtowni, który nie miał wszystkiego od ręki, ale obiecał coś „odłożyć dla domu”. Umawiał godziny odbioru, pilnował, żeby dom nie został zasypany tym, czego akurat ma pod dostatkiem, a wciąż brakowało rzeczy podstawowych.
Bez takiego człowieka system mógłby być tylko ładnym, ale martwym formularzem. Z nim – stawał się żywą siecią, która w kilka dni potrafiła dostarczyć tam, gdzie trzeba, to, czego najbardziej brakowało.
Zmęczenie materiału
Po kilku tygodniach Marta miała już pod oczami charakterystyczne cienie ludzi, którzy „ogarnią jeszcze tylko jedną rzecz”. Kolejna dostawa, kolejny telefon, kolejny post na lokalnej grupie w mediach społecznościowych. Znajomi pytali:
– Po co się tak szarpiesz? Przecież to powinno załatwić państwo.
– Pewnie, że powinno – odpowiadała. – Ale póki co, to jedyne państwo, jakie widzą ci ludzie, to my. Ty, ja, ten chłopak z warsztatu, pani z kiosku.
Ta odpowiedź nie była ani manifestem politycznym, ani oskarżeniem. Raczej stwierdzeniem faktu. Kryzys obnażył wszystkie dziury w systemie: niedoszacowane budżety, niedobory sprzętu, brak procedur na taką skalę zagrożenia. Domy pomocy, często traktowane jak dalekie kuzynki „prawdziwej” ochrony zdrowia, okazały się dramatycznie samotne.
I właśnie w te dziury wchodzili ludzie tacy jak Marta. Niewidzialni w statystykach, nieujęci w żadnych oficjalnych raportach. Bez stanowisk, za to z kluczykami do samochodu, telefonem i uporem.
Duma, której nie widać w kamerach
Marta nie stała na pierwszej linii frontu, nie zakładała kombinezonu ochronnego, nie intubowała pacjentów. A jednak, kiedy pierwszy raz usłyszała od dyrektorki domu pomocy: „Dzięki wam śpimy trochę spokojniej”, poczuła w brzuchu coś bardzo podobnego do dumy.
Nie tej napuszonej, z telewizyjnych przemówień. Bardziej cichej, prywatnej. Dumy z tego, że nie uciekła od telefonu, gdy zobaczyła nieznany numer. Że miała odwagę zadzwonić do lokalnej firmy i poprosić o wsparcie. Że potrafiła przyznać się do bezradności, kiedy ktoś pytał o coś, na co nie miała wpływu.
Bo są rzeczy, których żaden koordynator nie załatwi. Nie kupi dodatkowych rąk do pracy, nie skróci wieloletnich kolejek do opieki długoterminowej, nie zmieni przepisów. Może jednak zrobić coś, co w takich miejscach, jak dom pomocy społecznej, jest bezcenne: dać ludziom poczucie, że nie są sami.
Co nam mówi ta historia o systemie
Można opowiadać tę historię jak ładny epizod z trudnych czasów: bohaterscy wolontariusze, wdzięczni seniorzy, akcja zorganizowana przez internet. Ale byłoby to nie do końca uczciwe.
Bo historia Marty i innych koordynatorów zbiórek pokazuje coś jeszcze: że nasz system pomocy instytucjonalnej w dużej mierze opiera się na tym, czy znajdzie się ktoś, kto „weźmie to na siebie”. Jedna osoba, która kliknie w przycisk, zadzwoni do znajomych, stanie się twarzą i głosem potrzeb danego miejsca.
To z jednej strony piękne – bo pokazuje, jak ogromny kapitał dobra drzemie w lokalnych społecznościach. Z drugiej – ryzykowne. Bo jeśli wszystko wisi na barkach kilku ochotników, to wystarczy ich wypalenie, choroba, przeprowadzka, żeby ten delikatny most się załamał.
System nie może wiecznie liczyć na to, że w każdej gminie znajdzie się Marta. Musi wbudować w swoje działanie stałe kanały komunikacji z mieszkańcami, przejrzyste sposoby zgłaszania potrzeb i przyjmowania pomocy. Tak, by koordynatorzy nie zastępowali państwa, ale je wspierali.
Co zostaje po opadnięciu kurzu
Minęły miesiące. Telefony dzwonią rzadziej. Maseczki nie są już towarem luksusowym, a płyn do dezynfekcji stoi przy wejściu do prawie każdego sklepu. Dom pomocy wciąż działa, mieszkańcy wracają na ławeczki, odwiedziny odbywają się w bardziej „normalnym” trybie.
A jednak coś zostało. W pamięci domu – nazwiska konkretnych ludzi, którzy przywozili kartony, dzwonili, pytali, czy jeszcze czegoś nie brakuje. W świadomości miasta – sama myśl, że ten budynek za rogiem nie jest anonimowym „domem starców”, tylko miejscem, za które w kryzysie wzięliśmy wspólną odpowiedzialność.
Zostało też doświadczenie dla takich osób jak Marta. Że można wyjść poza własny, bezpieczny krąg codzienności. Że bycie „łącznikiem” to rola trudna, ale dająca poczucie sensu, którego nie da się przeliczyć na żadne punkty czy odznaki.
I może o to chodzi: żebyśmy o koordynatorach zbiórek, wolontariuszach, lokalnych liderach dobra nie pamiętali tylko wtedy, gdy wybucha kolejny kryzys. Żebyśmy w spokojniejszych czasach budowali system tak, by ich praca była łatwiejsza, a ciężar – rozłożony.
Bo dom pomocy społecznej to nie jest osobna wyspa. To fragment naszego wspólnego lądu. A koordynator to ktoś, kto przypomina nam o tym, rysując niewidzialną kreskę między „nimi” a „nami”. I zamieniając ją po prostu w jedno słowo: „my”.
tm, zdjęcie z Pexels (autor: Julia M Cameron)