Technik medyczny obserwuje wyniki badania tomografii komputerowej na monitorze w pracowni diagnostycznej; za szybą widać pacjenta leżącego w aparacie do rezonansu magnetycznego — symboliczne ujęcie wyzwań polskiej ochrony zdrowia w czasie pandemii.

Tomografy z Żabki, czyli o tym, co pandemia pokazała o polskiej ochronie zdrowia

Wyobraź sobie, że leżysz w szpitalu, czekasz na tomografię płuc, a lekarz żartem rzuca: „Proszę się nie ruszać, to jest ten tomograf z… Żabki”. Brzmi absurdalnie? A jednak całkiem blisko prawdy.

Kiedy hot-dogi zamieniły się w sprzęt ratujący życie

W czasie pierwszej fali pandemii sieć osiedlowych sklepów dorzuciła się do sprzętu medycznego tak skutecznie, że do jednego ze szpitali zakaźnych trafił tomograf sfinansowany z pieniędzy prywatnej firmy. Do tego ponad sto mobilnych ultrasonografów rozjechało się po Polsce, żeby badać pacjentów nie tylko w szpitalach, ale i w domach objętych kwarantanną. Innymi słowy: hot-dogi, piwa z lodówki i bułki kajzerki zamieniły się w bardzo konkretne urządzenia ratujące życie.

To jest moment, w którym powinienem napisać: „brawo biznes, piękny gest”. I to prawda – brawo. Tylko jeśli się zatrzymamy na tym „brawo”, to przegapimy dużo ważniejsze pytanie: co to mówi o naszym systemie ochrony zdrowia?

Bo jeżeli na tomograf, maseczki i testy dla szpitali muszą się zrzucać sieci handlowe, aplikacje lojalnościowe i klienci wymieniający punkty na „cegiełki”, to znaczy, że coś w fundamentach jest postawione krzywo.

Logistyka wojskowa w wydaniu spożywczym

Pandemia uderza. Państwo montuje kolejne „tarcze”, szpitale reorganizują oddziały, personel śpi po dyżurach w hotelach. A w tym samym czasie ktoś w centrali sieci sklepów patrzy w tabelki i mówi: „Dobra, najpierw zabezpieczamy ludzi w sklepach, a równolegle pomagamy szpitalom”. I zaczyna się logistyka wojskowa, tylko w wydaniu spożywczym.

Miliony par rękawiczek, hektolitry płynu do dezynfekcji, maseczki, przyłbice – najpierw dla franczyzobiorców i pracowników, potem dla pacjentów i personelu. Do tego zaostrzony reżim sanitarny: dezynfekcja po każdym kliencie, stacje z płynem przy drzwiach, zmieniona obsługa paczek, żeby było jak najmniej dotykania wspólnych urządzeń. Sieć, która normalnie żyje tym, czy hot-dog jest wystarczająco ciepły, nagle wchodzi na poziom procedur epidemiologicznych.

I okej – to się pokrywa z interesem firmy. Jeżeli w sklepie wybuchnie ognisko zakażeń, biznes stoi. Warto więc dbać o dystans i dezynfekcję, choćby z czystego pragmatyzmu. Ale już zakup tomografu za kilka milionów złotych, sfinansowanie tysięcy testów dla szpitali czy rozdanie setek tysięcy maseczek medycznych bezpłatnie – to wykracza daleko poza „dbamy o własne podwórko”.

Klienci jako współtwórcy pomocy

Do tego dochodzi coś jeszcze ciekawszego: włączenie klientów w pomoc. Program lojalnościowy, który zwykle służy temu, żebyś dostał tańszą kawę albo batonik, nagle staje się narzędziem zbiórki dla szpitali. Możesz oddać swoje punkty na wsparcie placówek zakaźnych, a firma dorzuca od siebie – podwaja to, co zebraliście. Wspólnie wychodzi kilka milionów złotych, które realnie zasilają konta szpitali i przekładają się na sprzęt oraz środki ochrony.

Czyli mamy ciekawy obrazek: system publiczny ledwo zipie, samorządy łatają dziury jak mogą, lekarze od tygodni pracują na oparach, a po cichu, równolegle, prywatna sieć sklepów organizuje sobie mini–WOŚP dla szpitali, tyle że rozciągnięte w czasie i rozproszone po całym kraju.

Solidarność czy dowód na kryzys systemu?

I teraz pytanie: czy to jest piękny przykład solidarności, czy raczej dowód na to, że ochronę zdrowia zaczynamy traktować jak kolejną „akcję CSR” – obok sadzenia drzew i sprzątania lasu?

Prawda, jak zwykle, jest gdzieś pośrodku.

Plusy: szybkość i skuteczność biznesu

Z jednej strony trudno się nie cieszyć. Firma po prostu wykorzystała to, w czym jest dobra: logistykę, skalę działania, relację z klientem. Jeśli ktoś jest w stanie w kilka tygodni ściągnąć z drugiego końca świata dziesiątki milionów maseczek, rozrzucić je po całym kraju i sprzedać praktycznie po kosztach, to naprawdę grzech byłoby z tego nie skorzystać. To jest ta część historii, w której można spokojnie powiedzieć: korpo zadziałało szybciej niż państwo. Bo tam, gdzie system musi przejść przez przetargi, specyfikacje, opinie, konkursy ofert, tam prywatna firma robi: „kupujemy, wysyłamy, rozdajemy”.

Minusy: uzależnienie od łaskawości sponsorów

Z drugiej strony – jeżeli zaczniemy się przyzwyczajać, że tomograf kupi sieć sklepów, łóżka dostarczy dostawca opon, a respirator zasponsoruje producent chipsów, to za moment obudzimy się w rzeczywistości, w której publiczny system jest od tego, żeby wypłacać pensje i płacić za prąd, a całe „mięso” – sprzęt, modernizacje, inwestycje – będzie zależało od łaskawości sponsorów.

A łaskawość ma to do siebie, że jest uznaniowa. Dziś pomagamy, jutro zmieniamy strategię, pojutrze mamy kryzys we własnej branży i wycofujemy się z hojności. Szpital nie może żyć w takim zawieszeniu.

Ludzie za ladą jako cichy oddział interwencyjny

Jest w tej historii jeszcze jeden element, o którym łatwo zapomnieć: franczyzobiorcy i pracownicy. To oni, ci realni ludzie zza lady, byli w pandemii trochę jak cichy oddział interwencyjny. Ciągle na nogach, między kasą a półką, słuchający lokalnych historii: tu pielęgniarka z pobliskiego szpitala, tam ratownik, który wpadł po napój energetyczny po nocnym dyżurze. To oni najczęściej organizowali lokalne gesty – zawożenie wody, gotowych dań, kawy do szpitali i stacji sanepidu.

I znowu: to piękne. Ale też bardzo symboliczne. W kraju, w którym lekarz prosi w mediach o rękawiczki, bo w magazynie już nie ma, odpowiedź przychodzi z miejsca, gdzie normalnie kupujesz bułkę i jogurt. Czyli tak naprawdę z codzienności. Z tego, co najbardziej zwykłe.

Dwie strony tej samej monety

Można na to spojrzeć pozytywnie: pandemia zbudowała most między ochroną zdrowia a biznesem i „zwykłym człowiekiem”. Sieci sklepów, firmy technologiczne, lokalni przedsiębiorcy – wszyscy zobaczyli, że szpital to nie jest abstrakcyjna instytucja, tylko miejsce, w którym leży twoja babcia, sąsiad, kolega z pracy. I że można pomóc szybko, konkretnie, bez wielkich ceremonii.

Można też spojrzeć mniej optymistycznie: te mosty powstały, bo stary most – nazwijmy go „system finansowania ochrony zdrowia” – jest w tak kiepskim stanie, że po prostu nie dowozi. I dlatego ktoś musi się położyć na wodzie, żeby inni mogli przejść.

Czy chcemy, żeby tak było zawsze?

Co dalej? Potrzebujemy systemowych rozwiązań

Chciałbym wierzyć, że to, co zrobiono wtedy – zakupy sprzętu, maseczki, testy, portal koordynujący pomoc dla szpitali – będzie traktowane jako wzór współpracy na przyszłość, a nie jako usprawiedliwienie: „Spoko, jak będzie źle, to prywatni znowu pomogą, więc nie musimy tak bardzo reformować systemu”.

Bo felieton felietonem, ale sprawa jest poważna. Biznes nie zastąpi państwa. A państwo bez biznesu też nie dźwignie kolejnego kryzysu. Potrzebujemy jednego i drugiego – tylko mądrze poukładanego.

Może warto, żeby w ministerialnych gabinetach ktoś na serio usiadł z excelem i zadał sobie pytanie: co musimy mieć sfinansowane systemowo, a gdzie możemy świadomie zaprosić firmy do współpracy – nie ad hoc, nie „na telefon”, ale w ramach długofalowych programów? Żeby następnym razem nie było tak, że tomografy, maseczki i testy pojawiają się dzięki serii gorączkowych maili i rozmów telefonicznych, tylko dlatego, że to jest część sensownie zaprojektowanego planu.

A my, jako pacjenci, klienci, obywatele – możemy pamiętać jedno: kiedy następnym razem odruchowo sięgniemy po kartę lojalnościową albo wrzucimy drobne do puszki „na szpital”, zastanówmy się choć przez chwilę, czy przypadkiem nie robimy tego za kogoś, kto ma w nazwie „publiczny”.

Bo co innego dokładać cegiełkę do czegoś dobrze zbudowanego, a co innego – w pośpiechu łatać mur, który od lat nikt porządnie nie remontował.

tm, zdjęcie z Pexels (autor: MART PRODUCTION)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *