Grupa elegancko ubranych osób w garniturach i garsonkach rozmawia w biurze z ekranami pełnymi wykresów w tle — symbol zaangażowania sektora bankowego, który w czasie pandemii wsparł służbę zdrowia.

Gdy bank stał się sojusznikiem medyków. Pandemia i BNP Paribas

Na oddziale covidowym święta wyglądały jak każdy inny dzień. Ten sam szum respiratorów, te same telefony od rodzin, to samo zmęczenie pod przyłbicą. Pielęgniarka, która od rana nie miała czasu usiąść, nagle dostaje wiadomość: „Proszę zejść na dół po ciepły posiłek dla całego dyżuru”. Na pudełku z jedzeniem – nalepka z podziękowaniem i logo firmy, którą większość z nas kojarzy raczej z kartą płatniczą niż z termosem z zupą.

Tak wyglądała w praktyce pomoc „ze świata finansów” w czasach, gdy służba zdrowia balansowała na granicy wydolności. BNP Paribas, jeden z największych banków w kraju, postanowił w pandemii zrobić coś więcej niż tylko wysłać komunikat o „solidarności z medykami”. I co ważne – nie ograniczył się do jednego głośnego przelewu, ale zadziałał na kilku poziomach naraz: od ciepłego obiadu, przez testy i maseczki, po budowę cyfrowego mostu między szpitalami a darczyńcami.

Zamiast prezentu – realna pomoc

Pod koniec 2020 roku, gdy wszyscy próbowaliśmy jakoś „udawać normalność” przy świątecznych stołach, bank podjął decyzję, że tradycyjne prezenty dla partnerów i klientów zamieni na wsparcie dla organizacji pomagających tym, na których pandemia uderzyła najmocniej. Z budżetu, który zwykle szedł na kosze upominkowe i gadżety, wydzielono około dwustu tysięcy złotych. O tym, kto dostanie pieniądze, mieli współdecydować ludzie – w specjalnym głosowaniu wzięło udział ponad trzydzieści siedem tysięcy osób.

To ważny szczegół. W świecie CSR-u łatwo o działania „odgórne”: zarząd wymyśla projekt, pion marketingu dopieszcza kreację, a reszta ma się wzruszyć. Tutaj mechanizm był inny: to uczestnicy akcji, klienci, partnerzy, pracownicy wybierali, którą z pięciu inicjatyw wesprzeć. Dzięki temu pomoc nie była abstrakcyjnym „darowizna na cele społeczne”, ale konkretną decyzją: czy bardziej wesprzeć uchodźcze rodziny uwięzione w pandemicznym kryzysie, czy pacjentów onkologicznych, którzy nagle zaczęli się bać samej drogi do szpitala; czy ważniejsze jest dofinansowanie telefonicznej pomocy psychologicznej, innowacyjnych rozwiązań dla małych pacjentów onkologicznych, czy chwila oddechu dla kobiet, które na co dzień opiekują się bliskimi z niepełnosprawnościami.

Na pierwszy rzut oka nie wszystkie te cele kojarzą się wprost z medycyną. Ale jeśli przyjrzeć się uważniej, widać wyraźnie, że to różne odsłony tej samej walki o to, by system opieki zdrowotnej nie załamał się pod ciężarem pandemii. Bezpieczny transport pacjentów onkologicznych to mniej przerwanych terapii. Działająca infolinia antydepresyjna to mniejsze ryzyko, że kryzys psychiczny wyląduje na SOR-ze. Odpoczynek opiekunek i opiekunów to mniej wypalenia i mniej nagłych dramatów, które kończą się wezwaniem pogotowia.

Bank użył swojej siły nie tylko finansowej, ale też komunikacyjnej: zamiast mówić „zrobimy darowiznę i ogłosimy to w raporcie rocznym”, zaprosił tysiące ludzi, aby sami „dotknęli” tematu i przekonali się, jak wiele od takich organizacji zależy.

Obiady, które ratowały siły – i miejsca pracy

Drugi wymiar zaangażowania był dużo bardziej przyziemny – dosłownie. Chodziło o jedzenie. Kiedy większość biurowców opustoszała, kantyny zostały z dnia na dzień bez klientów. Firmy cateringowe traciły zlecenia, pracownicy gastronomii – źródło utrzymania. Tymczasem kilka ulic dalej personel medyczny nie miał kiedy zjeść normalnego ciepłego posiłku w ciągu doby.

Bank połączył te dwie rzeczy. W warszawskiej centrali, zamiast zamykać kantynę, postanowiono wykorzystać jej potencjał do przygotowywania posiłków dla personelu pobliskiego szpitala. W ten sposób spółka obsługująca stołówkę banku miała pracę, a lekarze i pielęgniarki zyskiwali chociaż ten jeden moment wytchnienia w postaci porządnego obiadu.

Podobny mechanizm uruchomiono we współpracy z restauracją działającą przy jednej z firm powiązanych z bankiem – tam kuchnia przygotowywała regularne dostawy jedzenia dla szpitala w mniejszym mieście. Posiłki o łącznej wartości ponad stu pięćdziesięciu tysięcy złotych trafiły do pracowników medycznych w szpitalach, które miesiącami funkcjonowały w trybie permanentnego alarmu.

Można powiedzieć: „to tylko obiady”. Ale każdy, kto choć raz pracował na wielogodzinnym, stresującym dyżurze, wie, jak bardzo „tylko” potrafi zmienić dzień, a czasem i decyzję. Najedzony człowiek ma więcej siły, cierpliwości, sprawniej myśli. W pandemii ciepły posiłek stał się jednym z elementów wyposażenia ochronnego – obok maseczki i przyłbicy.

Testy, maseczki, bezpieczeństwo

Kiedy na początku pandemii brakowało wszystkiego – od wiedzy po środki ochrony – duże firmy mogły działać szybciej niż powolna państwowa machina zakupowa. BNP Paribas wiosną sfinansował kilka tysięcy testów na koronawirusa dla osób z personelu medycznego. Do ośrodków medycznych trafiły też dziesiątki tysięcy maseczek ochronnych zakupionych przez bank.

To jest ten rodzaj pomocy, który nie robi spektakularnych zdjęć. Nie ma tu przecięcia wstęgi, nowego skrzydła szpitala, tablicy pamiątkowej. Są za to bardziej „nudne” efekty: mniej zakażeń wśród lekarzy i pielęgniarek, mniej absencji chorobowych, mniej zamykanych oddziałów. W praktyce – więcej dostępnych rąk do pracy, czyli coś, czego medycyna nie miała w pandemii w nadmiarze.

Z perspektywy banku to była jedna z wielu pozycji na liście wydatków. Z perspektywy oddziału, w którym udało się uniknąć ogniska zakażeń wśród personelu – kluczowa inwestycja.

Cyfrowy most między szpitalem a darczyńcą

Jest jeszcze czwarty, mniej widoczny, ale bardzo istotny wymiar tego zaangażowania. Bank wsparł rozwój bezpłatnej platformy internetowej, dzięki której szpitale w całym kraju mogły jasno komunikować swoje potrzeby, a ludzie – osoby prywatne, firmy, organizacje – widzieli, w czym konkretnie mogą pomóc.

Zamiast dziesiątek chaotycznych apeli w mediach społecznościowych powstało miejsce, gdzie można było sprawdzić, który szpital szuka środków ochrony, gdzie brakuje sprzętu, a gdzie potrzebne są np. środki na wsparcie psychologiczne personelu. Taki system porządkuje dobro – sprawia, że pomoc trafia tam, gdzie jest realny deficyt, a nie tam, gdzie ktoś ma lepsze zasięgi.

Dla instytucji finansowej to z pozoru odległa dziedzina. Ale jeśli pomyślimy o banku jako o organizacji, która od lat zajmuje się transferem zasobów – pieniędzy, informacji, ryzyka – to naturalnym krokiem jest pomoc w zbudowaniu mechanizmu, który transferuje coś innego: odruch solidarności.

Co mówi o nas ta historia?

Czy to wszystko oznacza, że prywatne banki uratowały system ochrony zdrowia w pandemii? Oczywiście nie. Państwo, samorządy, dyrekcje szpitali, wolontariusze, organizacje pozarządowe – to oni tworzyli kręgosłup tego wysiłku. Ale działania takich instytucji jak BNP Paribas pokazują kilka rzeczy, które warto zapamiętać na przyszłość.

Po pierwsze, w kryzysie liczy się sprawność. Duża firma, jeśli tylko ma wolę i sensowny pomysł, potrafi szybko przesunąć środki tam, gdzie są potrzebne – czy to będą testy, maseczki, czy wsparcie organizacji pozarządowych. Po drugie, biznes może myśleć systemowo: nie tylko „dajemy pieniądze”, ale też „budujemy narzędzie, które pozwoli innym pomagać mądrzej”.

Po trzecie, takie akcje zmieniają też samych darczyńców. Klienci, pracownicy, partnerzy, którzy głosują na wybrane projekty, czytają o nich, poznają historie konkretnych ludzi – uchodźczych rodzin, pacjentów onkologicznych, mam-opiekunek – inaczej patrzą potem na „służbę zdrowia”. Znika abstrakcyjne „system”, pojawia się człowiek i jego konkretna potrzeba.

I wreszcie – to ważny sygnał dla innych firm. Bo jeśli jeden z największych banków w kraju może wykorzystać swoje zasoby, relacje, know-how, by pomóc medykom, to znaczy, że pandemia nie musi być czasem biznesowego egoizmu. Może być sprawdzianem odpowiedzialności.

Co zostaje po pandemii?

Gdy kurz po kolejnych falach opadł, szpitale powoli wracały do „normalności”, a my – do kolejek do lekarza, które już nie wyglądały tak dramatycznie jak w 2020 roku. Część projektów pomocowych wygaszono, część przekształcono. Platforma łącząca szpitale z darczyńcami nadal może służyć, zwłaszcza że kryzys w ochronie zdrowia nie kończy się wraz z odwołaniem stanu epidemii.

W kantynie, która kiedyś gotowała obiady dla covidowego oddziału, być może wisi gdzieś mała kartka z podziękowaniem. W pamięci lekarzy i pielęgniarek został smak zupy z tamtych miesięcy – zupy, na którą ktoś w środku wielkiego banku wpadł jako na formę realnego wsparcia, nie PR-owej dekoracji.

W rocznych raportach finansowych, w tabelkach z wynikami, widać słupki, przychody, marże. Nie widać tych kilku tysięcy testów, które uchroniły przed zakażeniem pracownika SOR-u. Nie widać godzin spędzonych przez wolontariuszy na linii telefonicznej, którą sfinansowała świąteczna akcja. Nie widać głosów oddanych w internetowym głosowaniu przez ludzi, którzy być może po raz pierwszy w życiu zastanowili się, komu i jak warto pomóc.

To wszystko jest poza bilansem – ale to właśnie tam, w tych „niewidocznych” miejscach, rozstrzyga się, czy jako społeczeństwo umiemy w kryzysie wyjść poza własne konto bankowe. Historia zaangażowania BNP Paribas w czasie pandemii pokazuje, że duży kapitał może stanąć po stronie tych, którzy na co dzień walczą o ludzkie zdrowie i życie. I że od tego wyboru – czy zostaniemy tylko przy hasłach, czy pójdziemy w konkret – zależy znacznie więcej, niż się wydaje.

tm, zdjęcie z Pexels (autor: Kampus Production)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *