Kiedy autobus zatrzymał się przed czerwonym, ceglastym murem, pani Zofia nie bardzo wiedziała, gdzie patrzeć. Przez szybę widziała ludzi w białych kombinezonach, jak z filmu science fiction, noszących kartony z jakimiś pakunkami. Ktoś machnął do kierowcy, żeby cofnął o metr. Z tyłu autobusu ktoś niecierpliwie pociągnął za maseczkę.
– To już? – zapytała cicho. – Już. – pielęgniarka spróbowała się uśmiechnąć. – Proszę zostać na miejscu, pani Zosiu, tylko przez chwilę.
Dom pomocy społecznej, w którym mieszkała od trzech lat, właśnie stał się „ogniskiem epidemii”. Tego dnia pod bramę podjechał nie tylko autobus sanepidu, ale i samochód dostawczy, wypakowany po dach kartonami. Na każdym markerem napisane: „Dla DPS-u”. Na niektórych – „Trzymajcie się”, „Jesteśmy z Wami”, „Od mieszkańców powiatu”.
Pierwsze sygnały alarmowe
Kilka tygodni wcześniej telefon w jednym z biur rzecznika praw obywatelskich dzwonił tak często, że pracownicy żartowali, iż słuchawka przyklei im się do ręki. Z całej Polski szły podobne sygnały: domy pomocy społecznej toną. Brakuje maseczek, rękawic, przyłbic. Brakuje ludzi do pracy, bo część personelu jest na kwarantannie, część zwyczajnie się boi. Podopieczni – starsi, chorzy, bezradni – zostali zamknięci w swoich pokojach jak w twierdzy, tyle że ta twierdza wcale nie była dobrze uzbrojona.
W tym samym czasie inne miejsce wirtualnie pulsowało nową energią. Na stworzonej oddolnie platformie, która miała kojarzyć szpitale z darczyńcami, rosła lista zgłoszonych potrzeb: kombinezony, środki dezynfekcyjne, woda w małych butelkach dla personelu, ładowarki, powerbanki, nawet kremy do zmasakrowanych od ciągłego mycia rąk. Kilkaset szpitali w całym kraju, kilkaset lokalnych koordynatorów, którzy w swoich miastach i miasteczkach wciągali w pomoc kogo się dało – przedsiębiorców, krawcowe, właścicieli drukarek 3D, zwykłych mieszkańców.
Długo nikt nie pytał o domy pomocy społecznej.
Moment przełomu
– Mamy szpital, mamy SOR, mamy pogotowie – wylicza jedna z koordynatorek platformy, dziś już trochę spokojniejszym głosem. – To było pierwsze skojarzenie: lekarze, pielęgniarki, ratownicy. Dopiero po jakimś czasie zaczęły do nas docierać informacje, co się dzieje w DPS-ach. Że tam nie ma nic. Zero.
W tamtych dniach w serwisach informacyjnych pojawiały się dramatyczne migawki: stare, pochylone sylwetki w oknach, karetkę podjeżdżającą pod bramę, proboszcza ze łzami w oczach, kiedy mówił o kolejnych zgonach. Za tymi obrazami kryło się to, czego kamery i tak nie pokazywały: bezsilność personelu. Pielęgniarki uczące się na szybko zasad pracy w kombinezonach, opiekunki śpiące na materacach w świetlicy, bo bały się wracać do domu.
W kancelarii rzecznika praw obywatelskich zapadła decyzja: trzeba zrobić coś więcej, niż pisać kolejne wystąpienia. Ktoś rzucił pomysł, żeby poprosić działającą już platformę o rozszerzenie działania. W końcu DPS-y i zakłady opiekuńczo-lecznicze to nie mniej newralgiczne miejsca niż szpitale.
Mail poszedł szybko. Odpowiedź – jeszcze szybciej.
– Jasne, damy radę – usłyszał po drugiej stronie telefonu urzędnik. – Tylko potrzebujemy ludzi: lokalnych koordynatorów, którzy „zaopiekują się” konkretnymi domami pomocy.
Oddolna mobilizacja
Pani Marta, księgowa z małego miasta na wschodzie Polski, pamięta ten dzień dokładnie. Wieczorem czytała w internecie artykuł o swoim lokalnym DPS-ie. Kilkadziesiąt osób w jednym budynku, kilku chorych, reszta czekająca na wynik testów.
„Ratunku, potrzebujemy rękawiczek, masek, płynów, wszystkiego” – mówili w tekście pracownicy.
– Zamknęłam laptopa i pomyślałam: przecież ja ich znam – opowiada. – Mój dziadek był tam przez ostatnie dwa lata życia. Jak mogę udawać, że to tylko informacja?
Następnego dnia wpadła na stronę platformy, w zakładkę „Zostań koordynatorem”. Formularz był prosty: dane kontaktowe, krótka informacja, z jaką placówką chce współpracować. Po wysłaniu zgłoszenia dostała automatycznego maila z potwierdzeniem, a po kilku godzinach – telefon od jednej z osób z zespołu.
– Czy pani wie, że to praca głównie przez telefon i internet, bez wynagrodzenia? – upewniała się rozmówczyni. – Wiem – odpowiedziała. – Ale jak nie teraz, to kiedy?
Podobne rozmowy toczyły się tamtego tygodnia w dziesiątkach domów w całym kraju. Platforma, która pierwotnie skupiała ponad dwieście pięćdziesiąt szpitali i ponad dwustu koordynatorów, zaczęła otwierać się na zupełnie nowy świat – świat opieki długoterminowej.
Lawina zgłoszeń
Pierwsze godziny po uruchomieniu zakładki „Zgłoś DPS” przypominały zaciągnięcie hamulca bezpieczeństwa w pędzącym pociągu. Zgłoszenia pojawiały się jedno po drugim. Niektóre ośrodki prosiły o kilkaset maseczek, inne o kilkanaście litrów płynu dezynfekcyjnego, jeszcze inne – o zwykłe środki czystości i rękawiczki kuchenne.
Formalnie wyglądało to prosto: dyrektor DPS-u wypełniał w internecie formularz, wpisując dane placówki i listę potrzeb. System weryfikował zgłoszenie, wysyłał link aktywacyjny. Potem zaczynała się ta mniej widoczna część: telefony, posty na lokalnych grupach, listy do firm.
– Mamy w powiecie dom pomocy, w którym mieszka ponad setka osób – pisał w mediach społecznościowych jeden z koordynatorów. – Nie mogą wyjść na zewnątrz, nie mogą zobaczyć rodzin. Możemy im chociaż dać trochę bezpieczeństwa. Szukamy maseczek, przyłbic, fartuchów. Może któraś krawcowa uszyje, może firma stolarska dorzuci się do zbiórki?
Nieoczekiwana fala pomocy
Reakcja przerosła oczekiwania. Zgłaszali się:
- przedsiębiorcy, którzy postanowili zamówić hurtowo kilkaset maseczek,
- nauczycielki, które organizowały wśród rodziców uczniów zbiórki na płyn dezynfekcyjny,
- indywidualni darczyńcy, przynoszący po prostu karton rękawiczek kupionych w drogerii.
– Pamiętam chłopaka, może dwadzieścia parę lat, który zadzwonił i powiedział, że nie ma pieniędzy, ale ma drukarkę 3D – wspomina Marta. – Przez dwa tygodnie drukował nam przyłbice. Co dwa dni wynosił kolejną partię pod bramę DPS-u.
Pierwsza dostawa
Wróćmy pod ten ceglany mur, gdzie pani Zofia obserwowała przez szybę autobusu tajemniczych ludzi w kombinezonach. To właśnie była jedna z takich dostaw.
W kartonach były maski, fartuchy, ochraniacze na buty, przyłbice, płyny do dezynfekcji. Ale były też drobiazgi, których nikt nie wpisał w formularz: czekoladki, kolorowe skarpetki, kilka książek z dużą czcionką, krzyżówki, listy od darczyńców.
„Drodzy, nie znamy się, ale myślimy o Was. Dziękujemy, że jesteście i że się trzymacie. To minie” – brzmiał jeden z nich.
Personel DPS-u, zmęczony wielodniowym maratonem, przyjął te pudła prawie jak zrzut z samolotu w czasie wojny. Jedna z opiekunek śmiała się, że tak właśnie musieli czuć się mieszkańcy obleganego miasta, widząc spadochrony z zaopatrzeniem.
– Gdybyście widzieli miny dziewczyn, kiedy zakładały nowe przyłbice, zamiast zaklejonych taśmą starych – opowiada koordynatorka. – To był moment, kiedy pierwszy raz od dawna ktoś się naprawdę szczerze uśmiechnął.
Niewidzialni mieszkańcy
Po drugiej stronie tej historii są ludzie, którzy o całej akcji wiedzą niewiele albo wcale. Nie siedzą na Facebooku, nie pobierają newsletterów, nie szukają platform wsparcia. To mieszkańcy DPS-ów: często z demencją, z niepełnosprawnością, z chorobami przewlekłymi. Dla nich „pandemia” objawiła się w bardzo prosty sposób: nagle nikt nie mógł ich odwiedzać.
– Babcia pytała przez telefon, czy zrobiłam coś nie tak, skoro nie przychodzę – opowiada wnuczka jednego z podopiecznych. – A ja, stojąc pod bramą w maseczce, tylko machałam jej przez okno.
To w takim świecie każda dodatkowa maseczka, każdy fartuch, każdy zorganizowany dyżur wolontariusza były nie tylko kwestią bezpieczeństwa epidemiologicznego, ale też sygnałem: „Nie zostawiliśmy was”.
Platforma stała się czymś w rodzaju mostu pomiędzy dwoma bańkami: światem tych, którzy na co dzień nie widzą domów pomocy, i światem zamkniętych w nich osób. Mostem zbudowanym z formularza online, telefonu i dobrej woli.
Co zostaje po pandemii
Czy system państwowy powinien zabezpieczyć DPS-y sam, bez proszenia o pomoc społeczeństwa? Oczywiście, że tak. Kolejne miesiące pokazały, jak bardzo zaniedbano opiekę długoterminową, jak brakowało procedur, jak długo nie dostrzegano podopiecznych tych placówek w oficjalnych komunikatach.
Ale ten reportaż nie jest o tym, czego zabrakło, tylko o tym, co mimo wszystko się wydarzyło.
O naukowcach i programistach, którzy zamiast spierać się na Facebooku, zasiedli do tworzenia systemu łączącego potrzeby z możliwościami. O pracownikach biura, którzy po godzinach pracy wypełniali kolejne rubryki w bazie danych. O koordynatorach – nauczycielach, księgowych, bezrobotnych, studentach – którzy stali się „kurierami dobra” w swoich powiatach. O mieszkańcach, którzy zrozumieli, że dom pomocy społecznej kilkaset metrów dalej nie jest „jakimś tam miejscem”, ale domem dla kilkudziesięciu ludzi, którzy dziś są najbardziej zagrożeni.
I wreszcie o tych, którzy siedzieli po drugiej stronie szyb: o pani Zofii, o panu Janie, który całe życie pracował jako kierowca autobusu, a teraz od tygodni oglądał świat tylko z perspektywy okna na parterze; o pani Marii, która każdemu, kto wnosił kartony z darami, chciała koniecznie podziękować, choć nie mogła wyjść z pokoju.
Kartka z sercem
Pani Zofia do dziś trzyma na szafce przy łóżku jedną z kartek, które przyszły razem z pierwszą dostawą. Ma na niej dziecięce serce i kilka nierównych liter. „Dla babci z domu obok” – brzmi napis.
– To od jakiegoś dziecka? – pytam. – Tak mówi pielęgniarka – odpowiada. – Nie wiem, które, ale to nieważne. Ważne, że pamiętało.
Pandemia odsłoniła w polskim systemie opieki zdrowotnej i społecznej pęknięcia, o których specjaliści mówili od lat. Jednym z nich są właśnie domy pomocy – często na uboczu, na zadupiu, jak mówią niektórzy. Platforma wsparcia nie zaszpachlowała tych pęknięć, nie zastąpiła systemowych rozwiązań. Ale na chwilę stała się rusztowaniem, dzięki któremu ten kruchy budynek się nie zawalił.
A to, że w tym rusztowaniu tak ważną belką okazała się zwykła sąsiedzka solidarność, warto zapamiętać na czas po pandemii. Bo domy pomocy społecznej nie znikną wraz z wirusem. Zostaną – z tymi samymi mieszkańcami, z tym samym personelem, z podobnymi problemami. Różnica polega na tym, że my już wiemy, gdzie są. I wiemy, jak do nich dojechać – choćby tylko wirtualnie, jednym kliknięciem w formularz „chcę pomóc”.
tm, zdjęcie z Pexels (autor: Serena Koi)