Kiedy w pierwszych tygodniach pandemii w telewizji dyskutowano o „zapasach strategicznych” i „logistyce dostaw”, we Włocławku ktoś po prostu otworzył laptopa, zrobił listę braków w szpitalu i założył grupę na Facebooku. Nie sztab kryzysowy, nie wielka agencja rządowa. Kilka kobiet, które doszły do wniosku, że jeśli nikt tego nie ogarnie, to one ogarną.
Tak właśnie wygląda polskie zarządzanie kryzysem w praktyce. Na ekranie – eksperci w garniturach. W realu – kobieta przy kuchennym stole, między zdalną lekcją dziecka a gotującą się zupą, która pisze: „Słuchajcie, szpital potrzebuje tego, tego i tego. Kto może pomóc?”.
Lista, która uruchomiła lawinę
Zacznijmy od tej jednej decyzji: włocławska radna, zamiast poprzestać na narzekaniu, że „szpital ma ciężko”, usiadła z administracją placówki i punkt po punkcie spisała, czego konkretnie brakuje. Nie ogólne „środki ochrony”, tylko bardzo przyziemne, konkretne rzeczy: jakie maseczki, ile fartuchów, jakie urządzenia, jakie usługi.
Potem zrobiła coś, co w normalnym świecie powinno być domeną instytucji państwa, a u nas zaczęło być domeną obywateli – wpisała szpital do ogólnopolskiej platformy koordynującej pomoc dla placówek medycznych. W jednej chwili lokalny, „nasz” szpital stał się widoczny na mapie potrzeb. A ona – siłą rzeczy – stała się koordynatorką zbiórki.
To brzmi dumnie, ale w praktyce oznacza dziesiątki telefonów: do firm, do znajomych, do ludzi, którzy „może znają kogoś z hurtowni”, setki wiadomości, setki odpowiedzi, z których połowa zaczyna się od „bardzo bym chciała, ale…” i ta druga połowa, która budzi nadzieję: „sprawdzę, co da się zrobić”.
W pewnym momencie te wszystkie wątki trzeba było zebrać w jedno miejsce. Od tego momentu w historii pandemii we Włocławku zaczyna się nowy rozdział: „grupa na Facebooku”.
Grupa, która zastąpiła magazyn rezerw
Kto żyje w Polsce dłużej niż trzy dni, ten wie, że nie ma takiej sytuacji, której nie da się spróbować załatwić poprzez założenie grupy na portalu społecznościowym. Tym razem jednak to nie była kolejna „wyprzedaż garażowa” ani „mieszkania do wynajęcia”. Ktoś napisał: „Pomagamy włocławskiej służbie zdrowia”. I nagle okazało się, że to hasło ma większą moc mobilizującą niż niejeden oficjalny apel.
To też były kobiety. Dwie z nich postanowiły, że dość bezradnego scrollowania wiadomości o kolejnych zakażeniach. Zamiast w panice czytać o „brakach sprzętu”, sprawdziły, co mają pod ręką: telefony, znajomych, trochę czasu, trochę odwagi. Założyły grupę, ustawiły zasady, zaczęły zapraszać ludzi. Algorytm złapał temat i ruszyło.
W opisach postów pojawiały się rzeczy, które w żadnym ministerialnym komunikacie by się nie zmieściły: „Mam bawełnianą pościel, nadadzą się na maseczki?”, „Potrzebne gumki do maseczek – kto ma dostęp do pasmanterii?”, „Mój mąż ma firmę transportową, może przewieźć paczki do szpitala”, „Szukamy osoby z maszyną do szycia w tej i tej dzielnicy”.
To był inny język zarządzania kryzysem. Zamiast „zabezpieczania łańcuchów dostaw” – „kto ma auto, żeby podrzucić karton pod szpital?”. Zamiast „dystrybucji środków ochrony” – „dostaliśmy materiał, rozdzielimy na paczki, kto wpadnie po odbiór?”.
I owszem, były w tym chaos, błędy, czasem nieporozumienia. Ktoś pomylił rozmiary rękawiczek, ktoś inny uszył maseczki nie z tego, co trzeba. Ale jednocześnie – to działało. Bo za tym chaosem stały konkretne osoby, które brały za niego odpowiedzialność.
Kobiety od „ogarnięcia”
W tej historii szczególnie uderza mnie jedno: jak naturalnie włocławskie kobiety weszły w rolę nieformalnych menedżerek kryzysu. Jakby całe dotychczasowe doświadczenie „ogarniacza życia” – tego codziennego łączenia pracy, domu, dzieci, starszych rodziców, rachunków, wizyt u lekarza – nagle okazało się bezcenną kompetencją.
Bo czym różni się zorganizowanie zbiórki dla szpitala od zorganizowania życia rodzinie w czasie pandemii? Zakres jest większy, stres większy, odpowiedzialność potężna. Ale mechanizm ten sam: trzeba ustalić priorytety, spisać potrzeby, podzielić zadania, przypilnować terminów, dopilnować, żeby nikt po drodze nie wypadł z obiegu.
Te włocławskie aktywistki robiły to często po godzinach własnej pracy, między jednym a drugim „Teamsowym” zebraniem, między klasówką dziecka przez internet a obiadokolacją. Zamiast wieczorem wyłączyć telefon, odpisywały na wiadomości: „czy te maseczki wystarczą?”, „w jaki sposób przekazać środki dla szpitala?”, „czy nadal potrzebne są przyłbice?”.
Oczywiście, byli też mężczyźni, którzy pomagali. Ktoś drukował przyłbice na drukarce 3D, ktoś jeździł samochodem, ktoś wyciągał kontakt do znajomego przedsiębiorcy. Ale cała „emocjonalna logistyka” tej akcji – uspokajanie, tłumaczenie, spisywanie, dopytywanie – w ogromnej części spoczywała na barkach kobiet.
Oddolny system równoległy
Nie ma co lukrować – ta historia jest jednocześnie budująca i trochę gorzka. Budująca, bo pokazuje, że w sytuacji zagrożenia zdrowia mieszkańców, we Włocławku nie czekano z założonymi rękami na „rządowe dostawy”, tylko uruchomiono drugi, oddolny system. Gorzka, bo przypomina, że ten system musiał powstać, bo ten pierwszy – oficjalny – miał dziury.
Platformy do koordynacji darczyńców, lokalne grupy pomocy, oddolne listy potrzeb – to wszystko są narzędzia fantastyczne. Tyle że one nie powinny być planem A. One są raczej planem „A i pół” – tym, co uruchamia się, kiedy plan B, C i D przestały istnieć w okolicach pierwszej fali zakażeń.
A jednak to właśnie te „plany A i pół” realnie ratowały sytuację. Kiedy centralne magazyny dopiero się przeliczały, we Włocławku już ktoś dopinał kolejną dostawę rękawic, maseczek, płynów dezynfekcyjnych. Kiedy w mediach trwały spory o to, czy maseczki są „obowiązkowe” czy „tylko zalecane”, ktoś w tym samym czasie ogłaszał w grupie: „Skończyły nam się gumki, kto dorzuci?”.
Oto paradoks pandemii: system zdrowia formalnie jest państwowy, ale jego poduszka bezpieczeństwa bardzo szybko okazała się społeczna. I kobieca.
Bohaterki drugiego planu
Kiedy dziś mówi się o bohaterach pandemii, na pierwszym planie pojawiają się lekarze, pielęgniarki, ratownicy. Słusznie. To oni stali przy łóżkach, oni spali po kilka godzin, oni podejmowali najtrudniejsze decyzje.
Ale gdzieś obok powinna być też druga lista nazwisk. Lista tych, którzy stali przy drukarkach, maszynach do szycia, w hurtowniach i przy telefonach. Tych, którzy bez wielkich słów robili wszystko, żeby białe fartuchy miały cokolwiek, co pozwalało im bezpieczniej pracować.
We Włocławku ta lista jest w dużej mierze listą kobiecą: radna, która wzięła na siebie rolę koordynatorki zbiórki; administratorki grupy, które dzień po dniu pilnowały, żeby kolejne prośby nie ginęły w czeluściach internetu; setki kobiet, które szyły, pakowały, zamawiały, nosiły, wpłacały małe kwoty na większe zakupy.
Nie zobaczymy ich na plakatach. Nie dostaną medali. Ich nazwiska przelecą w podziękowaniach na końcu jakiejś lokalnej uroczystości, może ktoś wręczy im dyplom. Ale prawda jest taka, że bez nich włocławski szpital byłby w czasie pandemii w znacznie gorszej sytuacji.
Co nam to mówi o przyszłości?
Można na tę historię patrzeć na dwa sposoby. Pesymista powie: „Państwo znowu zawiodło, więc musiały je ratować kobiety z Facebooka”. Optymista odpowie: „Mamy w Polsce niewiarygodny kapitał społeczny i kobiecą siłę organizowania, którą trzeba tylko mądrze wykorzystać”.
Prawda leży pewnie gdzieś pośrodku. Tak, potrzebujemy sprawniej działających instytucji, które nie będą w kryzysie polegać na tym, że ktoś po godzinach pracy dopisze szpital do jakiejś platformy. Ale też – szkoda byłoby zmarnować ten potencjał, który objawił się we Włocławku.
Być może następnym krokiem powinno być to, by takie oddolne liderki nie pojawiały się dopiero „w razie W”, tylko były świadomie zapraszane do planowania systemu bezpieczeństwa zdrowotnego. Bo jeśli ktoś potrafi w trzy dni zorganizować sieć szycia maseczek w całym mieście, to znaczy, że ma kompetencje, których nie wolno lekceważyć.
Na razie jednak możemy zrobić jedną, prostą rzecz: zapamiętać. Zapamiętać, że kiedy na początku pandemii wszyscy bali się wyjść z domu, we Włocławku pewna grupa kobiet wyszła z własnej strefy komfortu dużo dalej, niż ktokolwiek mógł od nich wymagać.
I kiedy następnym razem ktoś będzie mówił o „bohaterach w białych kitlach”, warto dopowiedzieć: tak, ale za nimi stały jeszcze ciche bohaterki w domowych kapciach, z telefonem w jednej ręce, kubkiem zimnej już kawy w drugiej i otwartą zakładką „Pomoc dla szpitala” na ekranie. Nie na pierwszych stronach gazet, ale na pierwszej linii społecznego frontu.
tm, zdjęcie z Pexels (autor: )